„Skyrim” w sieci

MMORPG (Massively multiplayer online role-playing game – przyp. red.) to typ gier trudny do oceny nawet po kilkudziesięciu godzinach spędzonych przed monitorem.

Jaka jest ich prawdziwa wartość, okazuje się tak naprawdę kilka (a nawet kilkanaście) miesięcy po premierze – czy wciąż można wejść na serwery pełne internetowych graczy, czy raczej można już tylko samotnie przemierzać online’owy świat. „The Elder Scrolls Online” na pierwszy (i drugi, i trzeci) rzut oka wydaje się hitem. Akcja toczy się 200 lat po wydarzeniach z „Oblivionu” i 800 lat przed „Skyrimem”. Grę zaczynamy oczywiście od stworzenia własnej postaci. Wybieramy jedną z dziesięciu ras, nadajemy jej odpowiednio fantastyczne imię i ruszamy na podbój świata. W ciągu następnych kilkudziesięciu godzin naszym celem będzie osiągnięcie 50 poziomu doświadczenia i kopanie tyłków wszystkim napotkanym potworom i ludziom należącym do wrogich frakcji. To właśnie walka jest największym atutem tego tytułu. W porównaniu z innymi tego typu produkcjami „ESO” wymaga od nas trochę więcej sprytu i taktyki, w związku z czym sprawia też o wiele więcej satysfakcji. Kolejną mocną stroną jest Tamriel, czyli świat gry – niemalże przeludniony, dzięki czemu co chwila spotykamy NPC-ów, mających dla nas jakąś ciekawą fuchę. Jeśli szukacie nowej jakości w grach MMO, to tutaj jej nie znajdziecie. „ESO” to po prostu bardzo dobry tytuł, który ma szansę stać się jednym z czołowych online’owych klikaczy na świecie (jeżeli, jak obstawiam, przejdzie do modelu free2play). Choć nigdy nie ciągnęło mnie do „World of Warcraft”, w „League of Legends” nagminnie spuszczano mi łomot, a „DotA” to dla mnie czarna magia, to jednak spędziłem dobrych kilkadziesiąt godzin, ucząc się, jak to się robi online. I dorosłem chyba do stworzenia własnej postaci. I nawet jestem podekscytowany odkrywaniem tego świata na nowo. Ach, jak człowiek zmienia się z wiekiem.

Dodaj komentarz

-->