Najbardziej lubimy te piosenki, które umiemy zaśpiewać
Tekst: Filip Kalinowski, zdjęcia: Lidia Sokal, foto z filmu „Disco polo”
Aż trudno uwierzyć, że pierwszy film fabularny o disco polo powstał dopiero kilka miesięcy temu. Niektórym jeszcze trudniej będzie uwierzyć w to, że nie jest to szydera. Kto jednak widział dokument „Miliard szczęśliwych ludzi”, ten zdążył pewnie zauważyć, że Maciej Bochniak, reżyser obu tych obrazów, stroni od radykalnych sądów i estetycznej łopatologii. O tym, że gusta muzyczne ma inne niż tematyka jego filmów, będzie można się przekonać, gdy skończy swój najnowszy projekt albo… czytając ten wywiad.
Zbliża się premiera twojego pełnometrażowego debiutu. Pewnie od dłuższego czasu nie myślisz i nie mówisz o niczym innym niż disco polo. Ja jednak chciałem na początku zapytać o „Ethiopiques – Bunt duszy” – skąd pomysł na film dokumentalny o etiopskim jazzie i w jakim stadium produkcyjnym aktualnie się on znajduje?
W muzyce kręci mnie najbardziej poznawanie tego, co nieznane. Lubię tzw. muzykę świata, ale nie zawsze mi ona wystarcza. Interesują mnie miksy, które łączą w sobie rytmikę i przyswajalność muzyki europejskiej czy amerykańskiej z czymś, co jest charakterystyczne dla innych regionów globu. Jak oglądałem „Broken Flowers” Jarmuscha, od razu zwróciłem uwagę na ścieżkę dźwiękową – była po prostu fantastyczna i musiałem od razu sprawdzić, kto jest jej autorem. I tak dokopałem się do całej serii płyt, które nazywają się „Ethiopiques”. Wtedy w internecie nie było jeszcze zbyt wielu informacji na ten temat – wiedziałem tylko, że mam do czynienia z muzyką etiopską. Od razu uderzyła mnie olbrzymia różnorodność tych utworów. Na soundtracku Jarmuscha słychać głównie Mulatu Astatke, którego nazywa się twórcą ethio jazzu. później odkryłem też innych artystów, którzy tworzą coś, co bardziej bym nazwał funkiem czy też połączeniem rocka, funku i jazzu z bardzo charakterystyczną etiopską harmonią. To szereg niesamowitych wykonawców: Mahmoud Ahmed, Tiahoun Gèssèssè, Alèmayèhu Eshèté czy Girma Bèyènè – oni wszyscy otworzyli przede mną bramy fantastycznej przygody muzycznej. To tak jakbym słyszał Jamesa Browna, tylko że linia melodyczna, gardłowy śpiew i fakt, że to nie jest po angielsku, lecz w jakimś niezrozumiałym, magicznym języku, sprawia, że ten James Brown jest bardzo egzotyczny. Czuję się jak w jakiejś romantycznej podróży z książki, jakbym odkrył nieznany ląd.
„Broken Flowers” to był 2005 r. Co się musiało wydarzyć, żeby ta twoja muzyczna fascynacja stała się tematem filmu?
Od tamtej pory ta muzyka siedziała u mnie w komputerze. Kiedy jakiś czas później szukałem tematu na nowy dokument i przeczytałem „Cesarza” Kapuścińskiego, coś mnie tknęło i porównałem sobie daty. Nagle dotarło do mnie, że ci artyści tworzyli w czasach rzeczonego cesarza – Haile Selassie I. Postanowiłem więc zrobić film o tych muzykach. Zacząłem szukać jakiegoś punktu zaczepienia i nagle okazało się, że na każdej z tych płyt pojawia się nazwisko Francis Falceto. Znalazłem z nim kilka wywiadów, dzięki którym poznałem historię jego życia, od razu ułożyła mi się ona w głowie w narrację tej opowieści. Bo tak jak ja dokonałem małego odkrycia poprzez film, tak on wpadł na ten sam trop w 1984 r., kiedy przez przypadek wszedł w posiadanie płyty Mahmouda Ahmeda „Erè Mèla Mèla”. Wszczął wówczas śledztwo, w wyniku którego okazało się, że nikt, ale to naprawdę nikt, nie wie, że w Etiopii taka muzyka istnieje, że żadna książka o historii muzyki afrykańskiej nie uwzględnia współczesnej muzyki etiopskiej z tamtych czasów. Kanwą scenariusza stało się samo to śledztwo – historia podróży Francisa Falceto do Etiopii, gdzie spędził sporo czasu, ale nic nie mógł zrobić, bowiem rządzili już tam komuniści, którzy zmietli tę muzykę z powierzchni ziemi. A wracając do pierwszego pytania – film jest na etapie takim, że za miesiąc jadę do Etiopii na główną część zdjęć. W tym roku czeka mnie jeszcze trochę pracy, bo muszę pojechać do Stanów, gdzie żyje kilku muzyków z pokolenia boomu lat 60. Czekają mnie też zdjęcia we Francji i Londynie.
Krótki teaser, który można znaleźć w sieci, składa się właściwie tylko z archiwaliów…
To nie jest współczesna historia, więc wyzwanie, przed jakim stoję, polega na tym, jak w nowatorski, interesujący sposób opowiedzieć coś, co już się wydarzyło. Wymyśliłem, że skonstruuję swoją opowieść ze wspomnień bohaterów i – poza archiwaliami, które pokazują Etiopię bardzo ciekawie i trochę inaczej, niż ją sobie wszyscy wyobrażamy –bardzo umownych inscenizacji. Umieszczę więc w filmie dokumentalnym warstwę fabularną. Poza wszystkimi wartościami artystycznymi i muzycznymi ta historia ma bardzo sensacyjne tło. Muzycy ryzykują wolność, nagrywając przeciwko cesarzowi, by w następnym ustroju robić to samo przeciwko komunistom. Cały czas jest jakaś walka, jakieś zagrożenie, a wszystko to w imię sztuki.
Twój debiutancki film dokumentalny „Miliard szczęśliwych ludzi” również miał tło muzyczne. Docierasz do historii przez swoje muzyczne zainteresowania czy to tylko zbieg okoliczności?
Tak się jakoś złożyło, że rzeczywiście te trzy filmy, które ostatnio robiłem, czy też robię, oscylują wokół muzyki. Nie jest to celowe, ale nie jest też przypadkowe. W dzieciństwie chodziłem do szkoły muzycznej, potem kontynuowałem grę na perkusji i przez całe liceum i wczesne studia myślałem, że się tym zajmę zawodowo. Potem przyszło zainteresowanie filmem i to jemu się poświeciłem, ale muzyka wciąż jest dla mnie czymś ważnym, więc pewnie podświadomie poszukuję związanych z nią tematów. Albo może łatwiej mi dostrzec w nich potencjał. Interesują mnie tematy filmowe, które opowiadają o spektakularnych historiach. Bardzo lubię ludzi, którzy mają odwagę zdobywać szczyty. Nie kręci mnie kino, które rozbiera na czynniki pierwsze walkę jednostki o przetrwanie. Doceniam to, to jest potrzebne i ciekawe, ale to w ogóle nie jest moje. Natomiast gdy widzę, że ktoś całemu światu postanawia coś udowodnić, robiąc coś wielkiego, to od razu mnie to przyciąga. Tak było z Bayer Fullem – to był absolutny przypadek – natknąłem się na ten news w internecie. Pomyślałem „disco polo w Chinach”, bardzo mnie to rozbawiło, więc stwierdziłem, że to świetny temat na film.
Takim porywającym się na szczyty postaciom często się nie udaje. Świat pokazuje im, gdzie ich miejsce, co też poniekąd zdarzyło się w przypadku zespołu Bayer Full.
To prawda, ale tu chodzi też o sam proces, równie ciekawy, niezależnie od wyniku. Gdy robiłem dokument o Bayer Full, to od początku byłem przekonany, że im się uda. Wszystkim tak sprzedawałem tę historię: „Słuchajcie, będziemy świadkami wielkiego sukcesu”. Ale to był mój pierwszy film, a że nie uczyłem się nigdy reżyserii, to kształtowała mnie praktyka. Gdy moi bohaterowie zaczęli się kłócić i stało się jasne, że to nie wyjdzie, zacząłem traktować to osobiście, tak jakby mi ten film miał już nie wyjść. Potem dopiero zrozumiałem, że przecież to, że im nie wyjdzie, to może nawet lepiej dla filmu! To będzie mniej oczywiste, to jest wręcz ciekawsze. Bo nie liczy się, czy wejdziesz na ten szczyt, liczy się to, że podejmujesz taką próbę, to jest zajebiste. Chodzi o podróż.
W przypadku „Ethiopiques” jesteś o tę lekcję mądrzejszy.
Dokument jest trochę jak jazz – masz temat, ale nie wiesz, dokąd cię on doprowadzi. Dla mnie zdjęcia w dokumencie to jest improwizacja. Jest tak wiele okoliczności, odbierasz tyle bodźców, że musisz być nieustannie otwarty. Nie wiesz, dokąd zmierzasz, i to jest najfajniejsze. W przypadku „Ethiopiques” nie mam żadnej tezy, oczywiście jest jakiś plan i pomysł, ale on wcale nie musi zostać zrealizowany, bo może się okazać, że ostatnia minuta zdjęć będzie tą, która wywróci wszystko do góry nogami. I byłoby super, gdyby tak właśnie się stało.
Dokumenty, choć wieści się teraz modę na nie, są wciąż trudno dostępne. „Miliarda szczęśliwych ludzi” nie da się znaleźć właściwie nigdzie…
…ale jak chcesz, to go zdobędziesz. Wiadomo, że dostępność dokumentów nie jest taka duża jak mainstreamowych fabuł, ale jest jedno rozwiązanie. Mojego filmu rzeczywiście nie można kupić na DVD, bo prawa posiada HBO, ale po emisji w HBO natychmiast ktoś go wrzucił na chomika i ja jestem tym zachwycony. Mówię ludziom: ściągajcie ten film z internetu, bo ja go po to zrobiłem, żeby go oglądać. Nie mam problemu z tym, że ktoś go piraci i sam nie mam oporów przed tym, żeby ściągać filmy, których nie mogę zobaczyć w kinie albo kupić na DVD. Na litość boską, wolę je zobaczyć w taki sposób niż wcale. Wszyscy się oburzają na wszechobecne piractwo – mówię teraz o filmie, nie o muzyce, bo to jest inny temat. Ja się absolutnie nie zgadzam z ich argumentami, bo fakty im przeczą – ludzie chodzą do kina, widzów wcale nie ubywa, a wręcz przybywa. Cała masa ludzi, która ceni oglądanie filmów w kinie, i tak do niego pójdzie. Natomiast ci, którzy do kina nie chodzą, stają przed wyborem: obejrzę film piracki albo wcale go nie obejrzę. Moje zdanie, jako twórcy, jest takie: ja bardzo chcę, żebyś obejrzał mój film, bo ja go po to zrobiłem. I co z tego, że nic na tym nie zarobię? Zarobię inaczej. Zobacz mój film, może okaże się fajny, może do czegoś dobrego cię w życiu popchnie. Swoją drogą mówi się o złodziejach z torrentów i świętych wydawcach, bez których świat by runął, podczas gdy ci święci zabierają artyście 90% zysku z płyty. I kto tu jest złodziejem?
Dlaszy ciąg wywiadu dostępny w wydaniu on-line



