Wywiad z Foals – poza wyścigiem

POZA WYŚCIGIEM

Pod koniec sierpnia ukazała się czwarta płyta Foals – „What Went Down”. Na kilka dni przed jej wydaniem Brytyjczycy odwiedzili Kraków Live Festival, gdzie chór złożony z kilku tysięcy gardeł odśpiewywał refreny świeżo wydanych singli. Gitarzysta Jimmy Smith i basista Walter Gervers opowiedzieli nam o tęsknocie za koncertami w cudzych domach, swoich wspólnych ambicjach i trasie, którą planują po reaktywacji zespołu za kilkadziesiąt lat.

Siedem lat temu słuchałem na okrągło bootlega z piosenkami, które kilka miesięcy później znalazły się na waszej debiutanckiej płycie, i czytałem o waszych szalonych koncertach na domówkach. Co zostało w was z tamtego okresu?

Jimmy: To dobre pytanie. Myślę, że wszyscy chcielibyśmy w jakiś sposób wrócić do tych czasów. Moment, w którym zdaliśmy sobie sprawę z tego, że już nie będziemy mogli grać dzikich koncertów w cudzych domach, był dla nas trochę smutny. Chcielibyśmy wrócić do takich praktyk, ale byłoby to raczej wymuszone i jałowe.

Walter: Jedyne miejsce, gdzie być może uszłoby nam to na sucho, to Chiny. Nie jesteśmy tam chyba zbyt znani.

Jimmy: To może zabrzmieć nieszczerze, ale nadal w czasie koncertów staramy się wytworzyć podobną atmosferę jak na domówkach. Kontakt z publicznością i energia, którą od niej dostajemy, to dla nas najważniejsza część występów. Nieważne, na jak dużej scenie gramy. Staramy się zredukować dystans dzielący nas od publiczności i nie dostrzegać dziesięciometrowej fosy wypełnionej ochroniarzami i barierek oddzielających publiczność od nas.

Podobno w ostatniej chwili dostaliście ofertę, by zagrać na głównej scenie festiwalu Glastonbury, zaraz przed headlinerem tego wieczoru. To niezwykle prestiżowe wyróżnienie. A jednak odmówiliście. Dlaczego?

Jimmy: Zwyczajnie nie byliśmy na to gotowi. Chcieliśmy, by ludzie mogli usłyszeć nasze nowe kompozycje, ale dopiero teraz, dwa miesiące później, jesteśmy w pełnej gotowości, by zagrać je tak jak należy. Gdybyśmy przystali na tę propozycję, nasz koncert nie byłby po prostu zbyt dobry. Nie chcemy dawać ludziom czegoś, co nie jest gotowe. Woleliśmy, żeby nasi fani najpierw usłyszeli naszą nową płytę, by lepiej doświadczyć tych kompozycji na żywo.

yannis james and jimmy at desk

Na początku pomyślałem sobie, że może chcecie pojawić się za rok jako główna gwiazda imprezy.

Jimmy: Nie! Naprawdę nie o to chodziło. Zwyczajnie nie byliśmy na to gotowi.

Walter: Uznaliśmy, że granie po raz pierwszy nowych kompozycji w takich okolicznościach to zbyt duże ryzyko. Nie chcieliśmy narażać naszych fanów na ewentualny zawód.

W jednym z ostatnich wywiadów Yannis [wokalista Foals – red.] mówił, że przed wydaniem płyty nie będziecie grali zbyt wiele nowych utworów, żeby uniknąć słabej jakości nagrań zrobionych przez fanów. Z drugiej strony niedawno opublikowaliście pierwszy teledysk zrobiony za pomocą technologii Virtual Reality. Jakie jest więc wasze nastawienie do technologicznych nowinek?

Jimmy: To bardzo ekscytująca sprawa. Nie wiem, czy jesteśmy totalnie na bieżąco. Wszystko rozwija się w niesamowitym tempie. Wynalazki takie jak kamery GoPro to naprawdę świetna sprawa.

Walter: Dla nas najciekawsze są technologie, na których może skorzystać nasza muzyka. Tak się stało przy okazji klipu do „Mountain at My Gates”, w którym widz w zasadzie sam może się poruszać – Virtual Reality rozszerza pole widzenia. W najbliższych latach będzie pewnie mnóstwo takich teledysków. My nie tylko przetarliśmy szlaki, ale zrobiliśmy z tego coś autentycznie fajnego, i to nie tylko ze względu na użytą technikę.

Jeśli już rozmawiamy o rozwoju i cyfryzacji, to co sądzicie o serwisach streamingowych takich jak Spotify, Tidal, Apple Music czy nawet YouTube. Czy dobrze wpływają na doświadczenie obcowania z muzyką?

Jimmy: Osobiście nie jestem fanem tego kierunku. Oczywiście, te narzędzia umożliwiają poznawanie nowych zespołów, ale dla samych artystów nie są najbardziej korzystne, ponieważ znacząco uszczuplają sprzedaż płyt. Wiem jednak, że to w jakiś sposób się kompensuje. Więcej osób poznaje naszą muzykę i dzięki temu przychodzą na koncerty i pozwalają nam zarobić. Trudno mi w tej chwili powiedzieć, w jakim kierunku to wszystko zmierza. Prędkość zmian jest przytłaczająca. W przerwie pomiędzy wydaniem poprzedniej i nadchodzącej płyty powstały dwa nowe formaty danych, które musieliśmy przetestować. A my sami czekaliśmy wyłącznie na to, by móc dotknąć i posłuchać winyla z naszymi nowymi piosenkami. Proces cyfryzacji jest bardzo ważny dla całego środowiska muzycznego, ale w tej chwili średnio nas to interesuje.

Jesteście więc najbardziej przywiązani do muzyki na fizycznym nośniku?

Jimmy: Zdecydowanie! Kupujemy płyty w zasadzie przy każdej okazji. Chciałbym, żeby ludzie, którzy korzystają np. z Apple Music, spisywali nazwę zespołu, który im się spodobał, a potem szli do sklepu kupić płytę. Ale tak pewnie nie będzie. Ludzie rozleniwili się pod tym względem, bo wszystko mają w zasięgu jednego kliknięcia myszką.

Cały wywiad przeczytasz w wydaniu on-line

Dodaj komentarz

-->