David Wnendt nie lubi grzecznych dziewczyn. Po głośnym debiucie „Combat Girls. Krew i honor”, w którym sondował środowisko neonazistek, postanowił sportretować kolejną przedstawicielkę młodego pokolenia.
Głównej bohaterce „Wilgotnych miejsc” też jest nie po drodze ze społecznymi normami – z tym że myśli ma raczej kosmate niż brunatne, a od heilujących, sterydowych wnusiów Hitlera woli słodkich skejtów. Zamiast „Bóg, honor, ojczyzna” – „Fun, hemoroidy i fizjologia”. Nastolatkę ciągnie bowiem do tego, co lepkie i z chorobotwórczym potencjałem, co z ciała wycieka i podśmierduje, słowem – wszystkiego, przed czym higieniczna mamunia, głowa kościoła pod wezwaniem Domestosa, od dziecka ją przestrzegała. No i – o czym nie wypadałoby wspominać, gdyby nie było kluczowe dla fabuły – Helen ma żylaki odbytu. Nie czytałem powieści Charlotte Roche, na podstawie której powstał film Wnendta, ale jeśli jest to wierna ekranizacja, to trudno zrozumieć, dlaczego książka wywołała tyle kontrowersji. „Wilgotne miejsca” są kolejną historią inicjacyjną o zagubionej dziewczynie, która po omacku (czyt. w szaletach i na dyskotekach) szuka swojego miejsca. Co prawda opowiedzianą z perspektywy dolnych partii ciała, ale zaskakująco poczciwą, ugrzecznioną i optymistyczną. Ekscesy ślicznej Helen – trochę zabawne, trochę obrzydliwe – reżyser bierze w cudzysłów za pomocą komiksowej stylistyki, nasyconych barw i teledyskowego montażu. Na ekranie brud i płyny ustrojowe, ale wymogi konwencji jednak zobowiązują. Nastoletnią rebelię Wnendt oczyszcza więc z ryzykownego pierwiastka ideologicznego, redukując ją wyłącznie do sprzeciwu wobec moralnego nieuporządkowania rodziców. Ciało głównej bohaterki może i śmiało eksponuje, ale pozostawia czyste, choć wokół ruja (ojca) i neuroza (matki). Jak bowiem przystało na tego typu bajki o dorastaniu, z ducha konserwatywne i prawomyślne, Helen musi czekać na tego jedynego. Ot, przez hemoroidy do serca.
#wilgotnemiejsca #recenzja #zwiastun
