Pogłos: múm w Basenie

Żeby przetrwać okrutną, islandzką zimę, najlepiej nagrywać ciepłą muzykę. Romantycy z #múm z różnym skutkiem kleją swoje rozgrzewające, organiczno-elektroniczne ballady już od 16 lat i, jak to z islandzką muzyką bywa, wyjątkowo intensywnie działają na naszą słowiańską wrażliwość.

Ich koncert w Basenie to już czwarta wizyta w stolicy i, jeśli nas pamięć nie zawodzi, uczestniczyliśmy we wszystkich! Trochę obawialiśmy się, czy niedomagające od niepamiętnych czasów nagłośnienie Basenu nie polegnie w konfrontacji ze złożonym, wymagającym brzmieniem múm. Ale najwyraźniej ostatnio coś ruszyło się w tej kwestii, bo nieźle brzmiał przecież już niedzielny koncert #TheRaveonettes. Tyle że hałaśliwie shoegazerska ściana gitar nie mogła być miarodajna – prawie całe pasmo brzmi przecież tak samo głośno. Za to koronkowo zaaranżowane, to akustyczne, to analogowo elektroniczne dźwięki Islandczyków (ba, nie brakło odgłosów paszczą – np. onomatopeicznej podróby wiatru!) to już niezły test. Wszystkie numery brzmiały naprawdę selektywnie, wyraźnie i plastycznie. Dlatego sama muzyka świetnie by się tego wieczoru obroniła (panie i panowie z múm przygotowali przekrojowy set nie ograniczający się do świeżo wypuszczonej płyty #Smilewound). Niestety, #HildurGuðnadóttir postanowiła pójść o krok dalej i dorzucić do koncertu nieco taneczno-teatralnego perfomance’u, który, jak wszystko, co ma posmak artystowskiej pretensjonalności, działa na nas jak garść świeżego śniegu wtarta w zaspaną twarz. Bardzo się wtedy wzdrygamy, więc baletowe podskoki z symulacją odrywania głowy obserwowaliśmy z lekkim zażenowaniem. Ale nie ma co się czepiać – w sumie bajkowo-kocia muzyka múm sama zachęca do przymknięcia powiek i w taki właśnie sposób słuchało nam się jej tego wieczora najlepiej.

Dodaj komentarz

-->