Nie znosiłem tego Bąkowskiego. Aż mnie trzęsło. Nieważne, pod jakim szyldem nagrywał, zawsze mnie irytował. Oględnie mówiąc. Wystarczało mi kilka wersów czy nawet słów, by nacisnąć nie stop, ale od razu open albo delete. Przemogłem się jednak, wysłuchałem solowego krążka poznaniaka i teraz biję się w pierś i kajam: to nie on mi przeszkadzał, a jedynie otoczka. Trzeba było muzyki oszczędniejszej, brzmieniowo uboższej niż #Niwea i koncepcji mniej rozbudowanej niż #KOT czy #Czykita, żebym dotarł do sedna. Wszystkie te poezje, artyzmy, sztuki pisane dużą literą i maszyny do dymu to tylko naddatki, które wypełzły ze stron „Lampy” i Paszportu „Polityki”.
Sam w sobie #Wojciech jest równiacha, chłop z bloków, które, o dziwo, nie zabiły w nim wrażliwości. Surowe, brudne podkłady odbijają się echem po kanałach stereofonii niczym kroki na klatkach schodowych, syntezatory wyją jak alarmy w samochodach, a elektrostatyczne napięcie nie daje wytchnienia jak zepsuta świetlówka. Jest szaro, monotonnie, niepokojąco i przytulnie zarazem. Jak w domu… z wielkiej płyty. Osiedlowy stupor znajduje swe odzwierciedlenie w powtarzanych do znudzenia frazach, poręcze rezonują w szorstko wypowiadanych tekstach, emocje krzeszą się na zbitkach prostych wyrazów. I choć do Niwei dalej nie mogę się przekonać, to wkurzam się na siebie, że się kiedyś wkurzałem na Wojciecha. Bo wrażliwość mamy podobną, a własną pretensjonalność trudno zaakceptować, a jeszcze trudniej zauważyć.
