John Lake – Strange Gods


Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /home/valkea/domains/aktivist.pl/public_html/wp-content/themes/aktivist/inc/single-rating.php on line 30

W ciągu ostatnich dwóch-trzech lat niezależna wytwórnia Mik Musik wprowadziła techno na krajową scenę niezależną, nie na sztandarach co prawda, ale na koszulkach, naklejkach i przede wszystkim na płytach.

Wzdrygające się zwykle na myśl o gatunkowości eksperymentalne środowisko wstało ze zdezorientowaną miną z krzeseł czy podłogi i zaczęło najpierw rytmicznie podrygiwać, by w końcu ruszyć w tany na całego. Techno Kucharczyka, obu wcieleń Pawła Kulczyńskiego (Wilhelm Bras i Lautbild) czy RSS B0YS-ów rzadko kiedy jednak miesza się z tym wywodzącym się z klubów. Po części dlatego też wytworzyło swój własny język. „It’s so postmodern that it became neo-primitive”, powtórzę za Davidem Thomasem, który tą właśnie myślą poprzedził jeden z utworów podczas występu Pere Ubu na tegorocznych Nowych Horyzontach. Ale co jeszcze kilka lat temu gros dziennikarzy uważało za słabość krajowej sceny i jej nieprzystawalność do „światowego poziomu”, dziś urasta do największej zalety, cechy dystynktywnej i magnesu przyciągającego słuchaczy ze świata.

Wydany pod pseudonimem John Lake najnowszy album Łukasza Dziedzica – znanego też jako Lugozi i połowa Iron Noir – jest bardzo jaskrawym tego przykładem. Zrealizowany w całości na dwóch Kaoss Padach, a co za tym idzie operujący niezbyt wyszukanymi, surowymi czy wręcz siermiężnymi brzmieniami, o atencję walczy energią, narracją i konceptem. Nie ma w sobie nawet krztyny detroickiego groove’u, berlińskiej dubowej pulsacji czy brytyjskiego wywichnięcia. Jest momentami zbyt liryczny jak na współczesną, czarną falę techno i zanadto chropawy na high-endowe głośniki dzisiejszych fanatyków analogowych urządzeń.

I choć John Lake wykorzystuje nazewnictwo anglojęzyczne, a dyskurs – rodem z fantasy, to longplay „Strange Gods” jest na swój sposób bardzo polski. Pogański jak nasze korzenie, prosty jak dużo naszego myślenia i zaszumiony jak ogląd po wódce. Chłodny jak beton w zimie, oschły jak relacje z obcymi, a chwilami namolny jak Apacze pod sklepem. Tu przecież – jak wieść gminna niesie – pije się, bije i kombinuje, taka wschodnia specyfika; fajna, dla mnie dużo fajniejsza niż ta ugrzeczniona, zachodnia. Bo też zatańczy się czasem, jak już ma się trochę w czubie. Dziko, szaleńczo i chaotycznie. Pomaszeruje się w miejscu, wahnie jak drzewo na wietrze, zakręci wokół własnej osi. A jeśli pląsy bez alkoholu – jak sporej części naszego narodu – są wam obce, to do płyty Johna kupcie sobie połówkę. Bo nawet jeśli broni się ona nieźle jako słuchowisko, to nie działa w pełni, dopóki nóżka nie chodzi za palcem jeżdżącym po szybce efektora.

John Lake
„Strange Gods”
Mik Musik

Zobacz także:

Marsjanin – reż. Ridley Scott

Ridley Scott przystępując do realizacji „Marsjanina”, znał już podobno rewolucyjne doniesienia NASA o obecności wody na Czerwonej Planecie. Czyżby twórca miał też przecieki o planowanym podboju Marsa, a jego nowy film tę konkwistę antycypował? Czytaj więcej>>

FIFA 2016

Od prawie dwóch dekad nie było roku, w którym nie spędziłbym wielu upojnych nocy z kolejną odsłoną „Fify”. Czasami zdarzało mi się ją zdradzać z „Pro Evolution Soccer”, ale prędzej czy później do niej wracałem. Grałem na PC, macu, Xbox 360, wszystkich PlayStation. Czytaj więcej>>

W piwnicy – reż. Ulrich Seidl

Nastrojowa sala tortur, w której przy świecach małżeństwo sado-maso zacieśnia więzy i przekracza granice bólu. Prywatne muzeum pamiątek po nazizmie, z obowiązkowym portretem Führera – idealne do spotkań towarzyskich. Czytaj więcej>>

1 komentarz

Dodaj komentarz

-->