Hollywoodzka sztampa Deltrona 3030

Truizmem jest stwierdzenie, że Amerykanie lubują się w sequelach. Bezwzględność komercyjnych wymogów nakazujących wycisnąć ostatni #dolar z każdego produktu idzie w parze z nieposkromioną ciekawością Jankesów, dla których nic nie może zostać niedopowiedziane.

Z każdą kolejną odsłoną cyklu coraz bardziej wycieńczeni #(super)bohaterowie pędzą więc szybciej i szybciej po wstędze Möebiusa utkanej dla nich przez hollywoodzkich decydentów. Przeżywają dalsze przygody, odsłaniają następne karty, umierają, zmartwychwstają i tracą resztki wysysanej przez scenarzystów duszy. Trzeba by Francisa Forda Coppoli, Irvina Kershnera albo przynajmniej Jamesa Camerona, aby nowe epizody takich kinowych seriali budziły dawny entuzjazm i zainteresowanie. Lubującej się w eksperymentach hiphopowej supergrupie Deltron 3030 daleko niestety do ich pomysłowości i wyczulenia na sztampę. Tworzona przez blisko 13 lat kontynuacja losów rapującego buntownika, niegodzącego się na dystopijną przyszłością Ziemi, przypomina zrodzone w trzewiach Fabryki Snów „dwójki”, „trójki” czy „czternastki”. Co na debiutanckim krążku było świeże, intrygujące i poruszające, na sequelu zostało sprowadzone do poziomu telewizyjnej rozrywki, którą przyswaja się co prawda całkiem przyjemnie, ale bez jakiejkolwiek refleksji. Co w 2000 r. można było porównać z surową ideowością „THX 1138”, dziś bardziej przypomina snującego się po bezdrożach postapokaliptycznego świata „Wysłannika przyszłości”. Odniesienia do teraźniejszości stały się bardziej ewidentne, fabuła przestała iść w parze z logiką, a nieoczywisty klimat „jedynki” zastąpiły wątpliwe żarty i nieznośny patos. #DantheAutomator wyrugował ze swoich produkcji brud i symfoniczność, Kid Koala patrzy częściej wstecz niż do przodu, a #DeltheFunkyHomosapien wszedł w swoich wersach na – wydawałoby się niemożliwe w jego wypadku – wysokie C. Wszystko to jest oczywiście pięknie zapakowane i wsparte wielką machiną promocyjną, którą rozkręca plejada zasłużonych gości. Popularność powstałych w międzyczasie projektów takich jak Gorillaz czy wszelkie wytwory Danger Mouse’a też ma znaczenie. Jeśli jednak nawet sami zainteresowani mówią, że ich nowe dzieło nie dorównuje pierwowzorowi, refleksja nasuwa się jedna. Walczący z rządzącymi światem korporacjami Deltron Zero nigdy nie złożyłby broni; jego ojcom jednak brak takiej siły ducha.

Dodaj komentarz

-->