Film: Cybermiasta

Cyberpunkowi twórcy od lat roztaczają przed widzami różne wizje tego, co stanie się z przyjaznymi miastami, gdy kontrolę nad nimi przejmą światowe korporacje i bomby atomowe. Rozświetlone neonami aglomeracje opasające całą planetę, vs. miraże wyludnionego Nowego Jorku. Stłoczeni w industrialnych gettach rozbitkowie znikającego społeczeństwa vs. beneficjenci technologii piszący w laboratoriach mroczne scenariusze dla ludzkości. High-tech w kuchni, low-life w obskurnych klubach. Smutne seks-cyborgi przemoczone radioaktywnym deszczem vs. roboty bojowe domagające się prawa do zabijania. Podczas lipcowego festiwalu #TMobileNoweHoryzonty zgubimy się w dziewięciu cybermiastach przyszłości

Zaczęło się w roku 2019, gdy #RickDeckard ruszył tropem replikantów – zbiegów z kosmicznego obozu pracy poszukujących na Ziemi inżyniera, który zaprogramował wszystkie swoje cyberdzieci na cztery lata życia. Wizja Ridleya Scotta, wysnuta w 1982 r. z kultowej powieści science fiction „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka, na długo zmonopolizowała zbiorową wyobraźnię i stała się głównym punktem odniesienia dla popkulturowych snów o metropolii przyszłości. Miejski horyzont w „Łowcy androidów” znaczą wieżowce, których światła giną w ciemności, i kominy wyrzucające w przestrzeń słupy ognia i pary. Wiele kilometrów nad ziemią, między gigantycznymi biurowcami, szybują patrole policji. Na ziemi tłumy przedzierają się przez, zalane kwaśnym deszczem i ostrym, neonowym światłem ulice w drodze do dusznych biur (w 2019 r. znów będzie można palić za biurkiem!) czy podejrzanych barów, gdzie androidy tańczą ze sztucznymi wężami. Mieszkańcy tego nowego, wspaniałego świata tłoczą się w swoich klitkach, zasłaniając okna przed zajmującymi całe fasady telebimami – marzeniem wszystkich współczesnych speców od reklamy zewnętrznej. Uniwersum Scotta, przywodzące na myśl raczej malarstwo Edwarda Hoppera niż np. polimorficzne projekty H.R. Gigera, odcisnęło piętno na wielu dystopijnych filmowych wizjach. Jego mrok udzielił się m.in. „Johnny’emu Mnemonicowi” Roberta Longo czy „Hardware” Richarda Stanleya z 1990 r. – oczywiście skromne budżety tych produkcji ograniczały ilość kabli oplątujących kineskopowe monitory, a cyfrowe panoramy w dużej mierze zostały zastąpione malowanymi widoczkami.

Chcesz więcej? Zajrzyj do lipcowego numeru Aktivista.

Dodaj komentarz

-->