Nigdy tak naprawdę nie przesłuchałem całej płyty Beyoncé. Sprawdzałem co i jak, zawsze kilka kawałków wpadało mi do ucha, ale na tym się kończyło. Do czasu. Gdy tuż przed świętami na iTunesa trafiło najnowsze wydawnictwo #Beyoncé, postanowiłem przesłuchać je od pierwszej do ostatniej sekundy.
Beyoncé
„Beyoncé”
Sony Music
A!A!A!A!A!
I nadal słucham. Artystka oddała swój głos w ręce ogromnej grupy producentów i muzyków (m.in. #JustinTimberlake, #Pharrell czy #Hit-Boy. Każdy utwór na płycie jest połączeniem kilku mniejszych form, nuda więc nam nie grozi. Nie ma powtarzalności ani wtórności. Beyoncé jest tą „strong, black, independent woman”, którą była zawsze, ale dzięki genialnym produkcjom jest też jedną z najbardziej „forward thinking” artystek w muzyce. Gdy inne wokalistki myślą, z szczyt nowoczesności mają śpiewania do dubstepu spod znaku Skrillexa, czy jęczenie pod kolejny wtórny podkład autorstwa #MikeWillMadeIt, pani Knowles bierze sobie bity, pod którymi spokojnie podpisać mógłby się #Phaeleh (sprawdźcie Haunted od około 60 sekundy). Gdy inne piosenkarki zapraszają raperów w stylu Gucci Mane’a, Beyoncé prosi o występ nigeryjską pisarkę Chimamandę Ngozi Adichie. Beyoncé potwierdziła tym albumem, że jest prawdziwą królową muzyki i nie boi się odkrywać samej siebie na nowo.
