Perspektywa krótkiego spotkania telefonicznego z Ellie Rowsell, wokalistką i gitarzystką Wolf Alice, szczerze mnie ucieszyła. Zespół należy do moich zdecydowanych faworytów wśród brytyjskiej młodzieży gitarowej. Ale co tam uznanie szaraczka z Polski! To zdecydowanie ich czas: debiut „My Love Is Cool” dotarł do drugiego miejsca na liście sprzedażowej w ojczyźnie, przyniósł fantastyczne recenzje, wysokie pozycje w podsumowaniach roku 2015, trasę koncertową po całym świecie a także nieoczekiwaną nominację do nagrody Grammy. I od nominacji zaczęliśmy naszą rozmowę. Uwaga! Wywiad zawiera treści feministyczne! A także delikatny diss na niedouczonych dziennikarzy muzycznych.
Będę wazelniarzem. Gratuluję nominacji do Grammy! [nagranie „Moaning Lisa Smile” ma szansę na statuetkę w kategorii Najlepsze wykonanie rockowe – przyp. mt]
Ellie Rowsell: Dziękuję bardzo! To bardzo miłe. Już cię lubię.
To przecież wielka rzecz! Pamiętasz moment, kiedy dowiedzieliście się o nominacji?
Oj tak. To największa rzecz, jaka nam się do tej pory zdarzyła. Byliśmy zaszokowani, nie spodziewaliśmy się, że w ogóle mogą brać nas pod uwagę. Nominacje ogłoszono, gdy w Londynie była noc. Obudziliśmy się i zobaczyliśmy, że mamy mnóstwo nieodebranych połączeń, a także SMS-ów z gratulacjami. Pytaliśmy siebie: „Ale z jakiego powodu?”. Nie mieliśmy o niczym pojęcia. A potem zaczęliśmy przeszukiwać internet. No i wszystko stało się jasne.
Przyznam, że dla mnie to jedna z bardziej zaskakujących nominacji do Grammy w ostatnich latach i mówię to w sensie pozytywnym. To dowód, że na odpornym na europejskie rockowe granie amerykańskim rynku jesteście rozpoznawalni.
To świetne, że obok tak dużych graczy jak Foo Fighters, Florence and the Machine czy Alabama Shakes postawiono również na mały brytyjski zespolik.
No dobra. To kto wygra?
(śmiech). Nie wiem. Nie wydaje mi się, żebyśmy to byli my (śmiech). Najmocniej trzymam kciuki za Alabama Shakes. Florence nas wkurza (śmiech): zabrała nam pierwsze miejsce w Wielkiej Brytanii.
Co zmieniła ta nominacja w Waszym życiu zawodowym? Przyspieszyło?
W sumie chyba niczego szczególnego nie zauważyłam. Na pewno mówi się o nas trochę więcej niż wcześniej, szczególnie po drugiej stronie oceanu. Życzyłabym sobie, żeby dzięki temu wyróżnieniu jak najwięcej osób sięgnęło po naszą twórczość, żebyśmy stali się rozpoznawalni.
Mam pewne podejrzenie, dlaczego Amerykanie zwrócili uwagę właśnie na was. Ta przedziwna etykietka „grunge-folku”.
Daj spokój. To jakiś absurd, wymysł dziennikarzy, którzy nie za bardzo wiedzieli, jak nas ugryźć, skoro nie gramy, jak byśmy nieustannie słuchali Beatlesów. Bardzo mi się to nie podoba, to w sumie pójście na skróty, tylko nie za bardzo wiadomo, jaką drogą. No bo co to znaczy „grunge-folk”? Nie rozumiałam nigdy tego konceptu i jest raczej dowodem na lenistwo zarówno dziennikarzy (bo to od nich się zaczęło) i słuchaczy. Wystarczy posłuchać naszej płyty i przekonać się, kim tak naprawdę jesteśmy.
Przyjmuję to na klatę i w imieniu dziennikarzy przepraszam. Przyznasz jednak, że elementy grunge’u w waszej twórczości można łatwo odnaleźć.
To prawda. Kochamy Nirvanę, ale kochamy też wielu innych artystów.
Lubię waszą debiutancką płytę za nieoczywistość. Gdy słuchałem jej po raz pierwszy, nie wiedziałem, co zdarzy się za chwilę. Z jednej strony niemal popowe kompozycje, z drugiej: dość ciężkie brzmienia.
Nie było naszym celem, by przygotować płytę pełną sprzeczności. Wyszliśmy z założenia, że nie ma co ograniczać się do jednego tylko gatunku. Mamy w głowie tyle pomysłów, że trudno było je sprowadzić do wspólnego mianownika. Staraliśmy się jedynie, by każda piosenka brzmiała tak dobrze, jak to tylko jest możliwe, by świeciła pełnym blaskiem, niezależnie od tego, do jakiego gatunku można byłoby ją zaliczyć.
Wiesz co moim zdaniem łączy te kompozycje? Nostalgia.
Nie jest to złe skojarzenie. Niektóre z piosenek, które znajdują się na tej płycie, są dość stare, sprzed trzech, czterech lat, gdy byliśmy naprawdę gówniarzami. Ta płyta to pewne podsumowanie, wiele tekstów mówi o emocjach, które przeżywają nastolatkowie. A „Moaning Lisa Smile” zawdzięcza swoją historię serialowi o Simpsonach. Któż nie lubi Simpsonów
No właśnie, czekaliśmy na waszą płytę bardzo długo. Pierwsze informacje o Wolf Alice pojawiły się już pod koniec 2012 roku…
To był moment, kiedy postanowiliśmy zmienić parę rzeczy w naszym zespole. Dołożyliśmy nieco więcej brzmień gitarowych, bo w gruncie rzeczy wcześniej to było takie liryczne brzdąkanie. Do tego Wolf Alice z duetu stało się kwartetem. Wtedy nie byliśmy gotowi na to, by nagrać płytę, dopiero się rozkręcaliśmy, ćwiczyliśmy grę na instrumentach, rejestrowaliśmy pierwsze piosenki, graliśmy pierwsze koncerty. To wszystko wymagało nieustannego szlifowania. Im dłużej czekasz na swą płytę, im dłużej nad nią pracujesz, tym większą masz pewność, że to będzie tak dobry materiał, jak to jest tylko możliwe. Pamiętaj również, że nie mieliśmy wtedy wytwórni czy managera, musieliśmy znaleźć właściwych ludzi, którzy mogliby nam pomóc i z którymi moglibyśmy się porozumieć i zrozumieć.
Jak ty się zmieniłaś przez ten czas?
Stałam się bardziej pewna siebie. Wcześniej, gdy wychodziłam na scenę, nie czułam wystarczającej siły, by być sobą. Teraz jestem bardziej naturalna, nie przejmuję się tak bardzo tym, co ludzie sobie pomyślą. Ale mimo wszystko staram się, by szum wokół nas nie spowodował, żeby sodówa uderzyła mi do głowy.
Jesteś naturalną liderką zespołu, ale nie masz łatwego zadania; świat, w którym się poruszasz, jest bardzo zmaskulinizowany.
Staram się o tym na co dzień nie myśleć. Mam jedynie nadzieję, że ludzie zwracają uwagę na nas nie tylko dlatego, że na czele zespołu stoi dziewczyna. Chciałabym wierzyć, że jest to dla odbiorców bez znaczenia, choć obawiam się, że jest to jednak niezaprzeczalnie jakiś wabik. Stosunkowo wciąż mało dziewczyn jest aktywnych w rock’n rollu, zupełnie nie rozumiem dlaczego. Żyjemy w czasach, gdy dziewczyny mogą wszystko. A jednak tak niewiele kobiet przebija się do głównego nurtu.
Po latach prosperity brytyjska scena rockowa nieco podupadła. W ostatnich miesiącach pojawiło się jednak parę jaskółek zwiastujących zmianę – debiutanckie krążki All We Are, Genghar czy Glass Animals to próby, bardzo udane, znalezienia nowej jakości.
Jakiś czas temu okazało się, że każdy może grać w zespole. Wystarczyło wziąć do ręki instrumenty, wymyślić ze trzy średniawe numery, a wytwórnie płytowe pompowały w taki projekt mnóstwo pieniędzy, licząc na to, że odkryły „next big thing”. Za tym wysypem w ogóle nie szła jakość, co spowodowało, że brytyjskie radia ograniczyły ilość gitarowej muzyki. Ludzie musieli więc postarać się bardziej, by zostać zauważonym, bo teraz nie wystarcza jedynie dobrze wyglądać i nie fałszować.
Słuchacze mogą być też zmęczeni tym wszechobecnym brzmieniem EDM…
(śmiech). To możliwe. I bardzo bym sobie tego życzyła.
Jesienią odwiedzicie Polskę ponownie. Pamiętacie występ na Orange Music Festival w zeszłym roku?
Problem był taki, że graliśmy dość wcześnie, więc nie udało nam się zgromadzić wielkiej publiczności. Mimo tego atmosfera była bardzo fajna.
Wtedy to był festiwal, teraz będzie grać w klubie. Którą z tych sytuacji koncertowych wolisz?
Trudno je ze sobą porównać. Wolę chyba jednak nasze własne koncerty: ludzie przychodzą tylko po to, by zobaczyć właśnie Ciebie, raczej nie ma przypadkowych osób wśród publiczności. Z drugiej strony: dzięki festiwalom możesz dotrzeć do odbiorców, którzy wcześniej o Tobie nie słyszeli. Dlatego też na każdym koncercie staramy się dać z siebie wszystko. Warszawo, liczę, że za parę tygodni nam w tym pomożecie!



