Szkoda, że nikt nie wpadł na pomysł, żeby ten koncert zaczynał się jak klip do „Hank is Dead”. Prysznic ze spoconymi kumplami, a potem rzeźnia.
Nawet sam zespół zauważył, że na Basenie prysznicy pod dostatkiem, a z taką atmosferą jak w poniedziałek można by z tego wszystkiego sklecić pewnie nie jeden teledysk. Jak nie teledysk to choćby niezłej jakości wideo na YouTube. Jak to z koncertu w Moskwie gdzie Red Fang pokazuje, że w tej chwili w okołorockowym świecie nie ma na nich bata. Szał od pierwszych sekund, skoki z barierek i karetka przed wejściem. Przed wejściem też masa kudłatych fanów metalu i piwa. Bo Red Fang już chyba w tej chwili gra metal. Skończyły się niestety czasy sympatycznych zadymionych koncertów jakie dawali jeszcze dwa lata temu. Teraz to kwartet iście stadionowy, który otwierając kolejnego browara kroczy po swój upragniony sukces.
Zawodnicy wagi ciężkiej stawiający na natychmiastowy nokaut do tego stopnia, że pierwszą przerwę fundują sobie dopiero po jakiś pięciu kawałkach. Żal trochę klimatu z czasów „Murder the Mountains” i nowe numery jednak trochę odstają od tych transowych rock’n’rolli z debiutu, no ale chyba taka kolej rzeczy. W końcu jeszcze trzy lata temu był to zespół zajawka dla internetowych szperaczy. Teraz jest to grupa, która zapełnia jeden z większych stołecznych klubów do granic wytrzymałości. Właśnie! Wielkie brawa dla klubu, który tę inwazję zniósł dzielnie i inteligentnie bo W KOŃCU ktoś w tym kraju wpadł na pomysł, że jak w jednym pomieszczeniu gromadzi się kilkaset osób to najzwyczajniej w świecie można po prostu otworzyć drzwi na zewnątrz.
