Podsumowania o sztuce nie są tak chwytliwe jak pisanie o najlepszych filmach czy grach komputerowych. Do tego, aby napisać o sztuce sensowne podsumowanie faktycznie coś trzeba wiedzieć. Na szczęście nasz redaktor Hudzik coś tam wie.
Gender
Stało się to, co wydawało się już nie możliwe. Sztuka w Polsce może porządnie wnerwić. Poseł Pięta, Krzyżowcy i Kościół oburzeni, winny Gender i od niego zaczynamy. Chociaż żadne wybitne dzieło dotyczące tego problemu w tym roku nie powstało, (o temat zahaczała przeoczona przez media wystawa „W tym samym mieście, pod tym samym niebem” Anny Konik w Białymstoku), to przecież wielu z nas dopiero na jesieni 2013 o Gender usłyszała. Jak tonący brzytwy złapał się jej Kościół, który musiał bronić się przed oskarżeniami o zamiatanie pedofilii pod dywan. Gender, metodologia, której każdy historyk sztuki i kulturoznawca musiał poświęcić parę wykładów akademickich stała się nagle nowym „żydostwem” i „lewactwem”, nie metodologią a ideologią, rzecz jasne, zgorszenia. Po niedzielnym kazaniu z 29 grudnia wielu młodych sympatyzujących z podpalaczami „Tęczy” Julity Wójcik mogło poczuć spełnienie. Ich działanie to akt sprzeciwu wobec homoseksualizmu, który jak wiadomo rozbija rodzinę. Zresztą ten akt zniszczenia, dobrze znany z historii sztuki ikonoklazm, to gest, który w tym roku dwukrotnie spustoszył przynajmniej moją wiarę w jakikolwiek dialog prawicy i lewicy w sprawach kultury. W Centrum Sztuki Współczesnej po głośnych protestach zniszczono pracę „Adoracja” Jacka Markiewicza, która po 20 latach niebytu nagle wywołała skandal. Kościół znalazł sobie chłopca do bicia, kulturę współczesną w tym sztukę, a sztuka wciąż nie wie jak się bronić, więc robi to za nią polityka, i robi to jak zwykle niefortunnie. Zatem albo sztuka, albo rodzina, najlepiej ta właściwa, wzorowana na rodzinie Jezusa, gdzie w klasycznym modelu 2 plus 1, o ślubie wiadomo nie wiele, a ojciec pantoflarz ustępuje miejsca matce, bohaterce, Królowej. (ach ten Gender)
Nie ma porządku, w Warszawie nie ma porządku
Coraz bliżej sztuki. Grzegorz Piątek mógł być szeryfem porządku w stołecznej przestrzeni publicznej. Hanna Gronkiewicz Waltz, która przed, najgłośniejszym w tym politycznie nudnym roku, referendum musiała zyskać choć odrobinę sympatii (gdy już regularne wizyty na wernisażach w MSN nie pomagały), zdecydowała zmienić naczelnika Wydziału Estetyki w Warszawie. Wybrano Grzegorza Piątka ku uciesze większości. Bo to wybór dobry, aktywista, społecznik, wybitnie aktywny w sferze rozwoju i poprawiania jakości miasta. Miał skończyć z bałaganem, mrzonkami o odbudowie Pałacu Saskiego, skupić się na tym co potrzebne, lepsze przystanki autobusowe, proste chodniki, świecące latarnie. No i się nie udało, Piątek wytrzymał na stanowisku ledwo ponad trzy miesiące. Zamiast wprowadzania nowych prostszych norm, przybijał pieczątki pod kolejnym bezsensownym pomysłem władz miasta i długo tego nie wytrzymał. Co prawda płachta z Trybsonem na zabytkowym Domu Towarowym Smyk zniknęła, ale z posady naczelnika Wydziału Estetyki zniknął też Piątek. Szkoda że tak go potraktowano, bo przecież zaczynamy mówić o tym co się z estetyką miasta dzieje.. Pisze o tym w kolejnych książkach ( w tym tej najbardziej krytycznej, tegorocznej „Wannie z Kolumnadą”) Filip Springer. Póki co Warszawa funduje sobie jedynie wolny Piątek.
Za druk!
Już prawie jesteśmy w galerii! Zinów i artbooków wciąż mamy jak na lekarstwo, ale dobry druk „goes mainstream”. Honza Zamojski przenicował niszowe wydawnictwo Morava Books, na Mundin, w które inwestuje Grażyna Kulczyk. Zmiany widać od razu, poza artbookami, mamy najlepiej złożoną w tym roku książkę rozrywkową, „Miami Blues” którą ogląda się równie przyjemnie jak czyta. W 2013 roku książkami zachwycił też wydawnictwo Karakter. Mamy wreszcie magazyny ( i czasopisma), z których zdecydowanie najbardziej pochwalić trzeba Szum i Smak, świetnie składane. proste, oszczędne, czerpiące z najlepszych wzorców, pokazujące, że w dobie śmierci mainstreamowej prasy (w tym roku pożegnaliśmy Przekrój i Exklusiv) można robić dobre gazety. Obie można kupić w Super Salonie, pierwszym w Warszawie i pierwszym w Polsce sklepie z międzynarodowymi czasopismami wyróżniającymi się jakością i dizajnem, miejsce obowiązkowe dla wszystkich „gazeciarzy”. Zajrzyjcie, a dojdziecie do wniosku, że nie mamy się czego wstydzić, choć nisza pozostaje ogromna. Zaczęliśmy od Smaku i Szumu, może pora na eksperymenty?
(nie ten Miami Blues, ale co tam)
Konrad Smoleński, czyli kraj to za mało.
Konrad Smoleński najlepszym polskim artystą tego roku, i chyba nie tylko tego. Zresztą nikt nie kwapi się żeby mu ten prym odebrać. Do Paszportów Polityki nominowano Olafa Brzeskiego, Izę Kowalczyk i artystów, którzy w tym roku wystawy mieli co najwyżej dobre. Spojrzenia organizowane przez Zachętę rozczarowały, jednym słowem, słabo. Konrad Smoleński nie pokazał w Polsce wiele, jedna wystawa zbiorowa w Białymstoku i jedna solowa w gdańskiej Łaźni. To nic, dzwony Smoleńskiego w najlepszy od wielu lat sposób reprezentowały Polskę na Biennale Sztuki w Wenecji, w listopadzie prezentował razem z Radkiem Szlagą wspólny projekt na nowojorskim Biennale Sztuki Performa 13, tam hałasował razem z zespołem BNNT. Smoleński to artysta nie mieszający się w kryzys Zamku Ujazdowskiego, nie zabiegający o pokaz w nawet największych polskich galeriach. Cele ma daleko za Bugiem i Odrą, a co najważniejsze mierzy siły na zamiary.
Najlepsza wystawa w operze
Galerie, te państwowe i prywatne w tym roku mocno mnie znudziły. Najpierw była cisza, potem wszyscy przygotowywali się do Biennale w Wenecji. Warsaw Gallery Weekend przespałem, ciekawie zrobiło się na moment w Toruniu, przy wystawie „Epidemic”. Nawet gorące zamknięcie roku, wystawa Honzy Zamoyskiego i Roberta Maciejuka w Zachęcie nie rozpaliły do białości. Tylnym wejściem wśliznęła się jednak wystawa doskonała, a przy okazji przekraczająca granice galerii. W ramach „Projektu P”, Wojtek Blecharz zaprezentował swoją operę „Transcryptum”, a do współpracy zaprosił między innymi Wojtka Pusia, odpowiedzialnego za światła i neony. Ponad dwie godziny spaceru po zapleczach Opery Narodowej, gdzie jak w psychodelicznym kalejdoskopie mieszały się dźwięki, neony, obrazy wideo, tworzyły chyba najbardziej spójną i wartką wystawę tego roku. Sztuka z muzyką zagrały najlepszą artystyczną partię w 2013. Szkoda tylko, że wystawę można było oglądać może 4 razy i to w przeciągu dwóch czerwcowych tygodni.




