Granice Człowieczeństwa – Eva Melander o filmie “Granica”

 

“Granica”, w reżyserii Aliego Abbasiego, jest opowieścią o niezwykłym romansie, który wywiązuje się między parą odludków, których połączyło nietypowe pochodzenie oraz podobne niedostosowanie do otaczającego ich świata. Film zadebiutował na Festiwalu Filmowym w Cannes, gdzie został uhonorowany główną nagrodą w sekcji Un Certain Regard. Szwedzka produkcja była wystawiona jako kandydat do nominacji Oscarowej w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny i konkuruje w tym roku o statuetkę w kategorii Najlepsza Charakteryzacja. Mieliśmy szansę porozmawiać z gwiazdą produkcji, aktorką Evą Melander, nie tylko o przygotowaniach do roli, świadomej grze z mitologią trolli, czy prozie “szwedzkiego Stephena Kinga”, ale także o odnalezieniu w sobie wewnętrznego zwierzęcia.

 

Film wchodzi do kin 22 lutego 2019.

 

Michał Kaczoń: Gdybyś miała opisać „Granicę” jednym zdaniem, jakie by ono było?

Eva Melander: Przy tym filmie sprawa nie jest taka prosta (śmiech). Niech będzie: Mroczna historia miłosna dla dorosłych, w której zacierają się granice między rzeczywistością i baśnią.

Bazą dla „Granicy” było krótkie opowiadanie autorstwa Johna Ajvide Lindqvista. Czy znałaś wcześniej jego twórczość?

Tak, oczywiście. Lindqvist to szwedzki Stephen King (śmiech). To bardzo ważny gracz na rynku wydawniczym. Czytałam jego powieści, widziałam też filmy na podstawie jego tekstów, m.in. dwie wersje horroru “Pozwól mi wejść” (przyp. red.). Nie znałam akurat tej konkretnej noweli, ale kiedy zaczęłam ją czytać, moje źrenice rozszerzały się z niedowierzania. Myślałam: “jeśli tę historię uda się przenieść na ekran, będę niezwykle ciekawa, jak to wypadnie”. Gdy dostałam fragmenty scenariusza, od razu wiedziałam, że jest to wyzwanie, którego chcę się podjąć. Szybko uznałam, że może to być najdziwniejsza, najbardziej wymagająca rzecz, jaką zrobię w swojej karierze. Kiedy spotkałam się z reżyserem, Alim Abbasim oraz aktorem Eero Milonoffem, bardzo szybko okazało się, że w podobny sposób widzimy tę historię. Wiedziałam wtedy, że czeka mnie przygoda życia.

Jak wyglądały te rozmowy? Jakie padły pytania, które wspólnie sobie zadawaliście?

Był to proces dwutorowy. Z jednej strony rozmowy o podróży bohaterki, o sposobie, w jaki zmienia się w trakcie trwania filmu i odkrywa siebie. Z drugiej – ogromnie wiele czasu poświęciliśmy na bardziej techniczną stronę całego przedsięwzięcia – jak podejść do mojej fizycznej przemiany. Ile kilogramów przytyć, jak wyglądać, jak się poruszać. Przede wszystkim jednak, co było najważniejsze – jak wydobyć ze mnie zwierzęcą stronę osobowości Tiny.

Ali Abbasi w jednym z wywiadów stwierdził, że “ludzie to dobrze rozwinięte zwierzęta”. Czy wobec tego, według Ciebie, „Granica” opowiada o konflikcie między naturą a kulturą?

Tak, zdecydowanie. Wydaje mi się jednak, że konflikt, który przedstawiony jest w „Granicy” wiąże się bardziej z konfliktem natury i zasad społeczeństwa, nie kultury jako takiej. Bardziej chodzi tutaj o to, jak w dzisiejszych czasach radzimy sobie z osobami odosobnionymi, znajdującymi się na uboczu. Społeczeństwo zbudowane jest bowiem wedle konkretnych zasad, które związane są z dobrym życiem w zbiorowości, grupie. Osoby odosobnione zdają się nie podpadać pod te same reguły, nie umieją się do nich dostosować. Czują się nieswojo w takich warunkach. Czują się jak „w nie swojej skórze”. Moja bohaterka przeżywa ten sam dramat. Wydaje się *za duża* do otaczającego ją świata. Wszystko co znajduje się wokół niej, zdaje się ją fizycznie przytłaczać. Dlatego właśnie w naszym filmie jedne z najważniejszych scen rozgrywają się w lasach, wśród natury. Gdy bohaterka idzie po trawie, boso, bez butów, wreszcie zaczyna się czuć pewniej, pełniej. Lepiej.

Częścią uroku Waszego filmu, jest fakt, iż gra on z oczekiwaniami na temat opowieści i legend, związanych z trollami i innymi nadprzyrodzonymi stworzeniami, które stanowią ważny element folklorystycznych opowieści w krajach Skandynawii. Czy Ty również byłaś nimi zainteresowana w przeszłości?

Nieszczególnie (śmiech). Chodzi mi o to, że nie poszukiwałam konkretnie tego typu historii na własną rękę. Oczywiście znałam je i kojarzyłam, gdyż rzeczywiście wchodzą one w skład dziedzictwa kulturowego naszego kraju i przewijają się w bajkach, baśniach, czy legendach. Nigdy jednak nie stawiałam ich nad innymi opowieściami o nadprzyrodzonych istotach. W trakcie prac nad “Granicą”, zaczęłam się jednak zastanawiać skąd właściwie wzięły się opowieści o trollach. Czego są symbolem i kim byłyby współczesne trolle? Myślę, że ogromna część odpowiedzi na to pytanie wiążę się z genezą większości historii o siłach nadprzyrodzonych – istota nie z tego świata zwyczajnie zastępuje nasz strach przed nieznanym. Nasze umysły nie lubią pustki, obawiają się pustej przestrzeni, więc zapełniają ją czymś namacalnym, konkretnym, z czym łatwiej jest sobie poradzić.

Czy uważasz, że Wasz film posiada uniwersalny przekaz czy to raczej reżyserska zabawa, ogrywająca motywy ze skandynawskiego folkloru? Sądzisz, że przedstawiciele innych kultur mogą w pełni odczytać intencje twórcy?

Sądzę, że dla zrozumienia naszego filmu nie jest niezbędna wiedza na temat folkloru. To, co przykuło moją uwagę w oryginalnym tekście i scenariuszu, to fakt, że autor umiejętnie ogrywa znane motywy, aby w niecodzienny sposób opowiedzieć uniwersalną historię na temat alienacji i nie radzenia sobie w otaczającym świecie. Lindqvist świetnie zrobił to już w “Pozwól mi wejść”, teraz opowiada podobną historię. Ludzie z różnych stron świata często pytają mnie o pochodzenie i początki mitologii trolli. Robią to jednak bardziej z ciekawości, aniżeli w celu zrozumienia przekazu. Dla mnie samej temat stworzeń jest zresztą drugorzędny wobec opowieści o zwykłych ludziach, którzy z różnych powodów czują się wyobcowani we własnej skórze. Oczywiście rozważania te wyrastają z konkretnej kultury, uważam jednak, że obie opowieści są przede wszystkim autorskimi dziełami swoich twórców. W tym wypadku zarówno Johna Lindqvista, autora pierwowzoru, jak i Aliego Abbasiego, reżysera i scenarzysty filmowej adaptacji.

Określiłaś Tinę, twoją bohaterkę, jako pół-człowieka, pół-zwierzę. W jaki sposób udało Ci się sięgnąć po dziką energię, potrzebną do stworzenia tej postaci?

Muszę przyznać, że największym wyzwaniem i największą frajdą tego projektu, był właśnie ten element tworzenia postaci. Wywodzę się z teatru, studiowałam w Szkole Teatralnej i tego typu role zawsze przyciągały moją uwagę. Role, które trzeba zbudować na własnych podstawach, bez jakiejkolwiek pomocy. Nie ma bowiem kogoś, kto przyjdzie i powie po prostu: “Pokaż mi trolla” i od razu wiemy co zagrać. Nikt w końcu żadnego naprawdę nie widział (choć pewnie znajdzie się parę osób, które twierdzą inaczej (śmiech)). Ta sytuacja daje aktorowi ogromne pole do popisu. Lubię role, które wymagają przekroczenia jakiejś wewnętrznej granicy, odnalezienia w sobie nowych pokładów energii, z których istnienia nie zdawaliśmy sobie sprawy. Dość szybko, razem z Alim i Eero, znaleźliśmy zatem klucz dla bohaterów, wykorzystując do tego celu właśnie elementy zachowań zwierzęcych.

Ogromną pomocą w tworzeniu tej postaci były specjalne treningi głosowe, które odbyłam dużo wcześniej, podczas moich prac nad ciałem. Bardzo dużo czasu poświęciliśmy też na pracę nad sposobem oddychania i obwąchiwania przez bohaterkę. W końcu węch to jej supermoc (śmiech). Zależało nam na jak najlepszym oddaniu tego elementu na ekranie. Było to szczególnie trudne, gdyż z powodu protez i makijażu, miałam ograniczoną mimikę, a nos był dość sztywny. Rozmawiając z reżyserem, doszliśmy do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie naśladowanie zachowań zwierząt. Zaczęłam nagminnie oglądać klipy wideo z psami policyjnymi, obwąchującymi ludzi na przejściach granicznych. Konie i psy mają sens powonienia między nosem, a jamą ustną i używają go poprzez niewielkie ruchy warg i nosa, które nieznacznie zbliżają się do siebie, tworząc niemal wspólny mięsień. Dzięki temu zorientowałam się, że powinnam skupić się bardziej na ruchu górnej wargi niż na samym nosie i z jej pomocą nadać mojemu oddychaniu i sposobowi obwąchiwania odpowiedni charakter.

Poza makijażem i protezami, Ty i Twój ekranowy partner, Eero Milonoff, musieliście bardzo zmienić się pod względem fizycznym – nabrać na wadze i wypracować masę mięśniową. Dlaczego tak ważne były te cielesne przygotowania i jak wpłynęły one na wasze samopoczucie i sposób gry? Dlaczego ważne było, żebyście nie używali kostiumów pogrubiających?

Były ku temu dwa powody. Pierwszy, to fakt, że mamy wiele nagich scen, gdy biegamy po lesie, czy kąpiemy się w rzece. Musiało to zatem wyglądać naturalnie. Żaden kostium czy tzw. body-double nie zastąpiłby naturalności prawdziwie ciała. Po drugie – wiedzieliśmy, że jeśli to naprawdę będziemy my, od razu zmieni się nasz sposób poruszania. Celowo przemęczaliśmy się na siłowni (gdzie spędzaliśmy cztery sesje tygodniowo podnosząc ciężary) i przejadaliśmy. Nasze ciała miały być żylaste i ociężałe. Muszę przyznać, że to była prawdziwa katorga. Jedzenie co półtorej godziny, aby w krótkim czasie przytyć ponad 16 kilogramów, było nie lada wyzwaniem. Udało się jednak i sądzę, że finalny efekt był tego warty. Dzięki temu cały czas czułam się sztywna, spięta. Jakbym była w ciągłym stanie napięcia. Dokładnie o to chodziło. Mogłam odczuć to, jak czuje się Tina, próbująca wtłoczyć się w sztywne reguły społeczne, które więżą ją niczym w klatce. Mogłam na własnej skórze poczuć, jak zbiera w sobie wszystkie emocje i gromadzi je wewnątrz, nigdy nie pozwalając sobie nawet mocniej odetchnąć.

Musiałaś wstawać kilka godzin przed resztą ekipy, aby przygotować się do kolejnego dnia zdjęciowego. Jak wyglądał proces nakładania makijażu i transformacji twarzy?

To prawda. Kiedy planowaliśmy zdjęcia, nie spodziewaliśmy się, że make-up zajmie aż tyle czasu, dlatego nasze godziny pracy znacznie się wydłużyły. Musiałam wstawać cztery godziny przed wszystkimi, czasami nawet w środku nocy, jeśli danego dnia zaczynaliśmy zdjęcia o 6.30. Nad nakładaniem mojego makijażu pracowały trzy osoby. Najgorsze w tym procesie było to, że nie mogłam właściwie robić nic konkretnego. Nie mogłam czytać, ani oglądać, gdyż ciągle musiałam zmieniać pozycję twarzy. Co chwila ktoś pukał albo malował mnie w konkretnych miejscach. Musiałam znaleźć sposób, aby takie zachowanie mi nie przeszkadzało. Ćwiczyłam medytację i buddyjskie metody opuszczania swojego ciała. Ściągnęłam nawet aplikację Mindfulness, która miała mi pomóc w tzw. “uważnej obecności”. Kluczem jest bowiem, aby nie próbować uciekać od danej chwili, ale umiejętnie się w niej odnaleźć. Wyłączyć się i znaleźć spokojne zacisze z tyłu własnej głowy.

Czy jest jakieś wydarzenie, bądź scena, które na zawsze będzie kojarzyć Ci się z tym konkretnym projektem?

Hmm… Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to ogólne uczucie, które towarzyszyło mi podczas całego okresu zdjęciowego. Uczucie tak wielkiej siły, tak wielkiego spięcia, że jestem w stanie wytrzymać tylko jedną minutę w danym momencie. Nie myślę o przyszłości, ani przeszłości, tylko jestem całkowicie w danej chwili. Silna, gotowa do działania. Nigdy nie czułam się w ten sposób, było to naprawdę niezwykłe. Nigdy nie zapomnę też całego dnia zdjęciowego w lodowatej, ośmiostopniowej wodzie, gdy musieliśmy udawać, że jej temperatura wynosi ponad dwadzieścia. Czego jednak nie robi się dla sztuki (śmiech).

 

Rozmawiał: Michał Kaczoń