„The Lighthouse”: Światło w ciemności – recenzja

Rok 2019 to wśród filmowych horrorów rok drugich filmów – Jennifer Kent, Jordan Peele, Ari Aster i w końcu reżyser „The Lighthouse” Robert Eggers to twórcy, którzy w ostatnich latach tchnęli życie w zwietrzałe nieco horrorowe tropy i obrali nowe, ekscytujące dla tego gatunku kierunki. Nic więc dziwnego, że fani gatunku na każdy z tych powrotów czekali z zapartym tchem.

Eggers już przy swym debiucie –  „Czarownicy. Bajki Ludowej z Nowej Anglii” – dał się poznać jako reżyser wyjątkowo ambitny (film oparto o zapiski z procesów czarownic z XVII wieku i nakręcono prawie wyłącznie przy świetle świec i słońca). Tym razem prezentuje nam dzieło jeszcze bardziej złożone – filmową przygodę, która wymyka się wszelkim próbom szufladkowania i łatwym definicjom. Poznajcie „The Lighthouse”.

Pomysł na fabułę filmu, który powstał w głowie Roberta Eggersa oraz jego brata Maxa, jest zwodniczo prosty. Dwóch facetów zamkniętych na małej przestrzeni, a nad nimi tajemnicza latarnia morska, której światła może doglądać tylko starszy z nich, narastające poczucie desperacji, odcięcia, jak również wszechogarniającego szaleństwa… Tyle, że to jedynie pierwsza z wielu warstw tego filmu.

Nie da się szczegółowo dyskutować o tym filmie, nie zahaczając o spoilery. Dość jednak powiedzieć, że film ten bywa mroczną przypowieścią o niebezpiecznych marzeniach i żądzach, czasem zaś fascynującą psychodramą, w której figura ojca zderza się cały czas z figurą syna. W innych scenach obraz przybiera formę przezabawnej satyry na kryzys męskości, która podszyta jest momentami homoerotycznym napięciem.

Nie jest to natomiast typowy horror, w którym podskoczymy co jakiś czas na fotelu, by na końcu filmu dowiedzieć się, co nawiedza sny bohaterów i dlaczego latarnia jest aż tak przerażająca. Obraz przesiąknięty jest duchem H.P. Lovecrafta czy Edgara Allana Poe, a niektóre sceny kojarzą się z filmami typu „Gabinet doktora Caligari” czy „Nosferatu” (skądinąd kolejny planowany przez Eggersa film to nowa wersja opowieści o słynnym wampirze). 

Reżyser piętrzy metafory, gubi tropy i zręcznie balansuje na krawędzi kilku gatunków. Pomaga mu w tym para głównych aktorów – Robert Pattison w chyba najlepszej roli w swej dotychczasowej karierze po raz kolejny pokazuje, że jest aktorem wszechstronnym. Jeśli jednak coś przyćmiewa jego kreację, to jedynie najlepszy od wielu lat Willem Dafoe w wyjątkowo udanej roli. Aktorom pomaga cała reszta technicznego sztafażu – film nakręcono w specjalnie wybudowanych dekoracjach, na taśmie filmowej, używając soczewek wyprodukowanych przed II Wojną Światową.

Wszystko to sprawia wrażenie, że mamy do czynienia z filmem, który wygląda zupełnie jak jakiś zagubiony klasyk niemieckiego ekspresjonizmu. Całości dopełnia genialnie zrealizowana ścieżka dźwiękowa z niepokojącą muzyką Marka Korvena i powracającym co chwilę motywem syreny okrętowej.

Końcówka może wam sporo namieszać w głowach, może też być irytująca, bo nie dostajemy odpowiedzi na wiele z pojawiających się w trakcie seansu pytań. Eggers jednak zdaje się mówić, że nie zawsze cel jest najważniejszy, a sama filmowa podróż. Jeśli więc w kinie szukacie czegoś innego, szalonego i nieprzewidywalnego, „The Lighthouse” to prawdziwy filmowy sztorm. A to, czy na końcu czeka światło latarni, musicie już sprawdzić sami.

Tekst: Marek Michalak

Recenzja powstała przy współpracy z Kinem Nowe Horyzonty

1 komentarz

Możliwość dodawania komentarzy wyłączona

-->