GTA V czyli Los Santos, I love you

Gdy gra trafiła w moje ręce, zacząłem piszczeć jak mała dziewczynka. Ba, codziennie gdy wracam do domu i włączam mojego Xboxa wydobywają się z moich ust większe lub mniejsze dźwięki sugerujące moje wielkie podniecenie…

Mam za sobą marne 40 godzin grania – to niewiele, gdy weźmie się pod uwagę rozmiar mapy, którą dysponujemy w „Piątce”, oraz fakt, że sama główna historia – bez zadań dodatkowych – trwa ok. 30 godzin. Mam za sobą dwie nieprzespane noce, tysiące ludzkich (i nie tylko) żyć na sumieniu, setki przejechanych kilometrów, dziesiątki poderwanych striptizerek, kilka przepłyniętych mil, kilkanaście wylatanych godzin, kilka pijaństw i momentów śmiertelnego zagrożenia. A to tylko wierzchołek góry lodowej. #GTAV jest największym i najdroższym sandboksem w historii. Ogrom doświadczeń, które wam oferuje, sprawi, że ze smutkiem będziecie patrzeć na swoje życie.

Tym razem bohaterów jest trzech, a zamiast pojedynczych misji prowadzących do wielkiego finału mamy kilka „minifinałów”, którymi są skoki rabunkowe. Gra jest też bardziej filmowa, bo oprócz genialnych stacji radiowych dostaliśmy w końcu ścieżkę dźwiękową, idealnie wpisującą się w sceny akcji i budującą suspens. Kolejna zmiana dotyczy fauny i flory: wszystko wygląda przepięknie. Króliki biegają po leśnym poszyciu, a wy ze snajperką w ręku możecie zapolować na jelonka, po czym spojrzycie w taflę wody, wskoczycie do niej i dopłyniecie do oceanu popływać z rekinami. No i te postaci! Jeśli miałbym porównać dialogi z „GTA” do jakiejkolwiek innej gry, to byłoby to jak porównywanie #PulpFiction do #NaWspólnej. Jeszcze nie wiem, czy „GTA V” będzie moim ukochanym „GTA”. „San Andreas” zdążyłem przejść dziewięciokrotnie – czy w przypadku „Piątki” możliwe jest takie uzależnienie? Bardzo.

Dodaj komentarz

-->