Om Unit ma wiele twarzy. Producent głębokiego dubstepu, turntablista i współpracownik George Anne Muldrow, remikser jungle’i i fascynat juke’ów, a to i tak tylko te trzy najoczywistsze, które mogę wymienić.
Dlatego gdy siadałem pierwszy raz do jego debiutanckiego albumu wiedziałem, czego się spodziewać – przemyślanej, dobrze zgranej mieszanki muzycznych fascynacji z jakich Brytyjczyk czerpał przez lata. Nie wiedziałem tylko czy lata doświadczeń nie spowodują u mnie głębokiego odczucia wtórności, jak już miało to miejsce z ostatnim albumem Ikoniki. #Threads zaczyna się delikatnie. Spokojne snare’y gdzieś tam lecą nam w tyle głowy, delikatna stopa pozwala kiwać głową, a oldskulowe synthy pozwalają zagłębić się w melodyjności tracka. Wszystko to do siebie pasuje i wiadomo już, że godzinna podróż właśnie się zaczyna. Drugi track #The Silence to niby ten sam świat, a jednak spokojniejszy, mroczniejszy z przebijającymi się tu i ówdzie jungle’owymi perkusjami. #HealingRain to za to stary dobry dubstep, za którym tak wielu tęskniło: wyważony – zamiast walić nas wooble’ami wulgarnie po twarzy, powoli kołysze basem w tempie 140 bpmów. Między szóstym a ósmy trackiem przenosimy się za to w inny świat. Niby to #dubstep a czujemy się jakbyśmy słuchali jungle, niby to bangerowe jungle, ale jednak stopa spokojnie wybija prawdziwy sens tych tracków. I ten schemat się powtarza. Jako słuchacze jesteśmy gdzieś zawieszeni, między szalonym tańcem a kiwaniem się z kapturami na głowach. Nie wiemy czego się spodziewać, bo a może Unit w końcu naprawdę uderzy nas młotkiem i z deepów przeniesiemy się w sekundę do tanecznej szkoły przetrwania? A może nasze oczekiwanie pozostanie tylko oczekiwaniem na szalony rozwój wydarzeń, gdy właśnie głębia i spokój są sensem tego wydawnictwa? #OmUnit jest jednym z tych twórców w muzyce, dla których tak samo ważne są te dźwięki, które wykorzystał, jak te, których nie użył. Tym właśnie jest ten album, pozostając w rozkroku między dwoma jakże różnymi gatunkami muzycznymi Om mógł spokojnie obić sobie jaja, tworząc mieszankę niezdatną do użytku. Nudną przewidywalną zbyt oczywistą, jednak miał chyba szczęście, bo „Threads” to płyta bardzo dobra. Będące w jednym klimacie a skacząca po pełnej kolekcji naszych uczuć. Nie jest to płyta roku, ale na pewno łatwo o niej nie zapomnicie.
