Tam sięgaj gdzie wzrok nie sięga – apelował przed laty wieszcz i jak to z wieszczami bywa jego słowa nie tracą na aktualności. Kilka lat temu murale zaczęły wypierać streetart ze świadomości odbiorców sztuki miejskiej. Proces wyjałowienia postępuje jednak dalej: murale autorskie ustępują miejsca wielkoformatowym reklamom, które korporacyjni i polityczni piarowcy starają się przystroić w strzępy streetartowego mitu. Największym kuriozum w tej kategorii są przejażdżki meleksami szlakiem streetartu, jakie organizuje pewna krakowska galeria handlowa. Gwoździem programu jest tu oczywiście wielkoformatowa malowana reklama zdobiąca ścianę centrum handlowego. Są jednak miejsca gdzie nie sięga wzrok korporacyjnych wujków z działu promocji. Opuszczone i zdegradowane przestrzenie, postindustrialne ruiny, betonowe schrony od zawsze były wylęgarnią i inkubatorem ulicznych talentów, a teraz dla odmiany stały się bastionem streetartu wolnego od sponsorów i zleceniodawców. W zmierzchowej atmosferze pustostanu do głosu dochodzą formy i emocje mało strawne dla miejskich plastyków i urzędników z wydziału kultury. Początkujący poszukiwacze przygód mogą zawsze korzystać z serwisów takich jak www.opuszczone.com, jednak z doświadczenia możemy zapewnić, ze nic nie dostarcza tyle satysfakcji, co samodzielne wyrwanie deski w płocie i samodzielne odkrywanie zaklętych rewirów miasta. Cóż nasz streetart jak lawa – z wierzchu zimna i plugawa, ale wewnątrz buzująca ogniem. Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi pustostanów!
LAWA

