Siedzą i robią wałki. Od rana do nocy. Zuza i Jan długo oszczędzali, żeby kupić ploter laserowy – chcieli z drewna wycinać skomplikowane, miniaturowe instrumenty muzyczne. Dla frajdy wygrawerowali sobie wałek. W kotki. I się zaczęło.
Obrzeża Warszawy, krążymy pod lasem w poszukiwaniu adresu, który podała nam Zuza Kozerska, bohaterka tego tekstu. „Profesjonalne niszczenie dokumentów”. To chyba nie tu. A jednak! W sporej hali, do której jeszcze niedawno całymi ciężarówkami przyjeżdżały przeznaczone do unicestwienia dokumenty, Zuza i Jan rozstawili trzy plotery laserowe i grawerują wałki. I wysyłają je w świat. Chętnych jest więcej niż mocy przerobowych.
Brudne ręce, czyste drewno
Wałki to nie byle jakie. Z polskiego drewna bukowego, które dostarcza im pan Staś. Grawerowane w piękne wzory zaprojektowane przez Zuzę: lisy, dinozaury (diplodok, T. Rex, triceratops – wylicza nam Jan swoje ulubione), koty, jamniki (pies kiełbasa!, dodaje, bo choć jest Francuzem, z językiem polskim już się zaprzyjaźnił) i największy hit: napis „made by…”, który można uzupełnić swoim imieniem. Cały bajer polega na tym, że wzory służą nie tylko do ozdoby samego wałka, ale pięknie odciskają się na ciasteczkach. Trzeba tylko pamiętać, żeby do ciasta nie dodawać proszku do pieczenia ani sody, i żeby piekarnik był dobrze nagrzany.
Wałki są hitem. – Zaczynamy codziennie o ósmej, czasem o szóstej i siedzimy do nocy. Od trzech miesięcy niemal non stop – mówi Zuza. Jeden wałek leży w ploterze pół godziny. Wcześniej surowe drewno trzeba zaimpregnować. A po wygrawerowaniu umyć z żywicy – potraktowane laserem drewno jest lepkie i jakby opalone, pachnie ogniskiem. Trzeba je bardzo ostrożnie wysuszyć, żeby wałki nie pękały. Opuszki palców Zuzy i Jana są od tego brązowe, już nawet nie próbują ich domyć. Hałasu plotera, który nam daje się we znaki, nawet nie słyszą. A na początku nic nie wróżyło sukcesu. W grudniu Zuza wystawiła swój pierwszy wałek (świąteczny, z napisem Merry Christmas) w internetowym sklepie DaWanda. Nie sprzedał się ani jeden. – Cała rodzina patrzyła na mnie z politowaniem, gdy podczas Świąt opowiadałam im o moim pomyśle na biznes – opowiada Zuza. Ale nagle w marcu coś zaskoczyło. I ruszyło lawinowo, jak to w internecie. – Któregoś wieczoru siedzieliśmy w mieszkaniu, Jan zagląda na jedną ze stron o designie, które często odwiedza, a tam na głównej stronie moje wałki. Nie mogliśmy w to uwierzyć.
Dalsza część wałkowej historii w magazynie. Znajdziesz ją tu!


