Femiwestern, czyli „Marlina: zbrodnia w czterech aktach” (recenzja)

Indonezyjska prowincja. W rytm końskiego galopu nieznajomy motocyklista podjeżdża pod drewnianą chatę. To tutaj na suchym, słabo zaludnionym pustkowiu piękna wdowa imieniem Marlina wiedzie samotne życie. W pojedynkę opiekuje się gospodarstwem i zabalsamowanym ciałem swojego męża. Tajemniczy przybysz i zachodzące słońce nie wróżą jej nic dobrego. Przekonujemy się o tym
dobitnie, gdy mężczyzna oznajmia, że niedługo przybędzie sześciu jego przyjaciół, wraz z którymi rozkradną jej trzodę i narzędzia, zjedzą przygotowany przez nią posiłek, a później dokonają na niej zbiorowego gwałtu.

Marlina będzie próbowała wyjść z opresji równie heroicznie, jak biblijna Judyta – stawi czoła nie tylko gwałcicielom, ale też ścigającym ją bandytom oraz pewnej zjawie. W filmie Mouly Suryi, entuzjastycznie przyjętym na festiwalu w Cannes, seks i przemoc, życie i śmierć, gorzka rzeczywistość i świat duchów nieustannie się przenikają.

Osobliwie feministyczna historia o wyraźnych rysach westernu nie jest bynajmniej miałka i banalna. Reżyserka bawi się klasycznymi konwencjami z wielką swobodą. Z wyczuciem wplata w narrację wątki pełne ironii i czarnego humoru i czerpie inspiracje z tradycji surrealizmu. Koncentruje się przy tym na walce głównej bohaterki z opresją społeczną sankcjonującą niesprawiedliwość i przemoc mężczyzn. Trzeci pełnometrażowy obraz w dorobku Suryi udowadnia, że choć w jej ojczystej Indonezji wciąż dominuje patriarchat, to feminizm, ukazując różne wizerunki kobiecości, odnalazł tam swoje miejsce w sztuce i popkulturze. Zwraca uwagę nie tylko na odmienne tożsamości i pragnienia kobiet, ale też na ich siłę i niemal magiczną moc sprawczą.

 

Autor: Piotr Zdybał

“Marlina: Zbrodnia w czterech aktach”
reż: Mouly Surya
obsada: Marsha Timothy, Dea Panendra
Indonezja 2017, 90 min
Pięć Smaków, 16 marca

Dodaj komentarz

-->