Jeffertitti’s Nile
„The Electric Hour”
Beyond Beyond Is Beyond
Kiedy twoi licealni idole grają na wielkich imprezach dla małolatów i zamieniają amfetaminę na red bulla, to niechybny znak, że ich kolejnym przystankiem będzie festiwal legend rocka w pewnej nadmorskiej dolinie. Samozachwyt artystów idący w parze z łapczywością wytwórni i łatwowiernością publiki sprawiły, że sztandary niezalowej rewolucji schowano głęboko na pawlaczu. Wydawałoby się, że to już koniec, na szczęście raz na jakiś czas wiarę w ludzkość przywraca mi jakiś kompletnie nieznany zespół z zabitej dechami dziury w Stanach. Tym razem jest to Jeffertitti’s Nile, które dla niewprawnego krytyka może się wydawać tylko klonem Tame Impala. Błąd! Trio z Kalifornii to rekiny rock’n’rolla, które na swoim debiucie mieszają style jak gimnazjalista alkohole na domówce. Różnica jest taka, że nie kończy się to kolorowym pawiem i nocą z fajansem zamiast poduszki, tylko transcendentnym orgazmem jak z hippisowskiego snu. Zaczyna się agresywnie, tak żeby odstraszyć mięczaków. Ale po pierwszej fali uderzeniowej jest już tylko melodyjne głaskanie mózgu i rockowa dyskoteka pełna oślepiających świateł. Selekcjoner przed wejściem nie sprawdza jednak kurtek z limitowanej edycji H&M, tylko znajomość „Their Satanic Majesties Request” Stonesów. Złapanie ulotnego piękna tego doskonałego albumu bez znajomości klasyki psych rocka jest bowiem tak trudne, jak poznanie kraju na podstawie przewodnika turystycznego. Sporo osób zapewne naciśnie stop, zanim na „The Electric Hour” zacznie się dziać coś naprawdę ciekawego. Ja jednak polecam zebrać się na odwagę i wychylić głowę za róg, bo za noise’em i delayami czeka na was otchłań prawdziwego hedonistycznego szaleństwa. [Michał Kropiński]
5A!
MUZYKA

