Cut Copy w Basenie – pogłos

Nie komu innemu, ale właśnie Cut Copy i fali taneczno-gitarowego grania z Antypodów zawdzięczamy modę na alternatywny pop nad Wisłą.

Australijczycy powinni więc czuć się u nas jak u siebie (no może z wyjątkiem pogody i braku jadowitych pająków) – rzeczywiście, odwiedzają nas regularnie. To już trzeci występ ekipy Dana Withforda w Polsce, który tym razem odbył się w stołecznym Basenie. Choć ostatnio chwaliliśmy klub za poprawę dźwięku, to znów przyjdzie nam sarknąć – słaba selektywność i wrażenie studni znów dały się we znaki. Tak przynajmniej bylo na początku, kiedy poleciały numery z  ostanich dwóch płyt, w tym doskonały openerowy “We Are Explorers” singlowy “Free Your Mind” i przywodzący na myśl dokonania Fleetwood Mac “Take Me Over”. Na rozkręcającą się szybko publikę spłynęło jednak rozczarowanie – po kilkudziesięciu sekundach “So Haunted” Australijczykom rozwallił się dźwięk (“problemy ze sprzętem”, jak wyjaśnili) i zeszli ze sceny. My, to znaczy publika, byliśmy oczywiście całkowicie wyrozumiali. Uzupełniliśmy prędziutko zapas płynów przy barze, a zespół powrócił na salę w burzy wspierających oklasków wykonując “Nobody Lost, Nobody Get Found’, po którym nie tylko wszystkim wróciła werwa, ale też znacząco porpawił się dźwięk. A potem… potem Dan zapowiedział, że “zamieni basen w parkiet”. I tak też się stało. Do końca tego stosunkowo krótkiego, dzięcioutworowego setu, Cut Copy zagrali same numery o wybitnie klubowej proweniencji, wyciskając z szalejących fanów ostatnie poty. Na bis wybrzmiało jeszcze kapitalnie “I Need You Now” i zespół pozostawił pulbiczność w niedosycie – choćby dlatego że zabrakło ukochanego przez wszystkich, nieformalnego hymnu wielu indie-imprez “ Hearts On Fire”. Ale może, to i lepiej, bo przy tej intensywności parkietowego szaleństwa chyba by mnie wyniesiono.

Dodaj komentarz

-->