W 2015 r. po raz pierwszy w historii amerykańskiej fonografii „stara” muzyka wyprzedziła „nową” w sprzedażowych słupkach. Wytwórnie zarobiły na swoich aktualnych produkcjach 4 300 000 dolarów mniej niż na albumach, EP-kach i singlach, które premierę miały co najmniej 18 miesięcy wcześniej.
Ma na to wpływ szereg czynników. Z roku na rok ponownie rosnący winylowy segment rynku opiera się głównie na reedycjach i nie przekłada się – niestety – na szerokość niczyich horyzontów muzycznych. To raczej po prostu kolejna wymiana nośników, za pośrednictwem których ktoś słucha swojego ukochanego „Dark Side of the Moon”. Młodzi ludzie – a to oni najbardziej interesują się nowymi brzmieniami – częściej korzystają z serwisów streamingowych, niż kupują dużo droższe analogowe wydania, nie wnosząc tym samym zbyt wiele do tych finansowych wyliczeń.
Ogromny procent współcześnie tworzonej muzyki dotknęła nieznośna w swojej skali retromania, na której falach płyną i soulowa Adele, i industrialne Prostitutes, a jak już ktoś za ich pośrednictwem odkryje całe bogactwo tych nader rozległych gatunków, jest stracony na lata. I tu dochodzimy do najmniej wymiernego a jednocześnie jednego z najistotniejszych powodów owego zwrotu wstecz.
W dobie informacyjnego nadmiaru i dostępu do prawie wszystkiego, coraz trudniej o coś sprawdzonego. Nie ma autorytetów, więc nie ma komu uwierzyć, że akurat tę płytę trzeba koniecznie mieć. Status odkrycia jest co prawda bardzo kuszący, ale pożądany raczej na facebookowym wallu, niż w domowej płytotece. Trendy zmieniają się jak w kalejdoskopie i nigdy nie wiadomo, kto wytrzyma próbę nawet tych 18 miesięcy.
A do tego jeszcze przytłaczająca ilość artystów porusza się po grząskim gruncie ironii, więc kiedy za kilka lat spojrzymy na ich krążek na półce, może się okazać, że ktoś zrobił sobie z nas niezły żart. Większości melomanów – bez względu na ich wiek i preferencje gatunkowe – pozostaje więc zaaprobowany już przez poprzednie pokolenia Miles Davis, David Bowie i Michael Jackson. A ja ustami wyobraźni przeklinam już dzień, w którym moje dziecko – w ramach młodzieńczego buntu – puści 68. raz z rzędu „Let It Be”.

