Krok po Kroku

Teoretycznie to mogłaby być najnudniejsza książka na świecie. Michał Cichy, autor „Zawsze jest dzisiaj”, opowiada o tym, jak spaceruje po Warszawie. Bierze swojego psa Muszkę na smycz i idzie przed siebie. Po prostu. Nie jest ani młody i gniewny, ani modny i przystojny.

Nie zaczepia specjalnie ludzi, chyba że tych z marginesu, ale i z nimi zamienia raptem kilka słów. Nie o gadanie jednak tu chodzi, ale o chodzenie właśnie. Bardzo uważne i bardzo osobiste. Z Cichym oglądamy warszawskie chodniki: te zachowane przedwojenne, te, które w deszczu zmieniają kolor, te, które położono za PRL-u i mają charakterystyczny kratkę. Poznajemy miejsca, gdzie latem topi się pseudoasfalt i można zostawić po sobie ślady, poboczne zaułki z trylinki i drogi gruntowe ukryte w centrum miasta. Dowiadujemy się, gdzie rosną nie zarażone jeszcze szrotówką kasztanowce, gdzie szumią lipy pamiętające Powstanie Warszawskie, gdzie znaleźć chmiel i łąki porośnięte burzanem. Z Cichym bawimy się w „cienie i karoserie”, zabawę polegającą na dotykaniu w środku upalnego lata samochodów i parzenia sobie rąk na czarnych Audi po to, by zaraz schłodzić je na białym Volvo. Jest bezpretensjonalnie i dziecięco. Niezależnie od pogody. Bo Cichy tak samo pięknie jak o zapomniany ulicach, kamienicach i domach rozkoszy ukrytych w mieszkankach opowiada o zachodach słońca, niewidzialnym deszczu i szronie, który w kilka chwil osiada na wszystkim. Tak. Teoretycznie to powinno być strasznie nudne. W rzeczywistości rozpala od pierwszej strony i nie pozwala o sobie zapomnieć przez kolejnych 60. Z Cichym chce się iść na spacer. Od Cichego chce się uczyć chodzić, bo w dzisiejszych czasach spacerowanie to nauka, która nie każdemu jest dana. W pogoni za tramwajem, tematem, dziewczyną i chłopakiem uciekają nam rzeczy nieistotne, ale piękne. Komar uwięziony między dwoma szybami starego okna, muszka owocówka w pudełku ciasteczek, samolot przecinający niebo. Zawsze jest dzisiaj, więc zawsze można zacząć wszystko od początku. Krok po kroku.

Dodaj komentarz

-->