Black Mountain „IV” – zagraj to jeszcze raz, Sam

Dzięki modzie na retro rocka, która zaczęła się jakieś dziesięć lat temu, pokolenie wychowane na płytach rodziców dostało od losu własnych idoli tworzących w tym sentymentalno-gitarowym klimacie. Dwudziestoparoletni fani Budgie nie musieli już się jarać idolami sprzed 30 czy 40 lat organizującymi piąty reunion. Zespoły takie jak Black Mountain były bliższe rzeczywistości i pełne młodzieńczej energii i co najważniejsze, dawały nadzieję, że będą nagrywać rzeczy wielkie i własne. Jak można było w to wątpić po takim albumie jak „In the Future”?

Black Mountain AD 2016 śmiało kroczy ścieżką wyznaczoną tym kanonicznym albumem. Niestety lata 70. minęły i jeśli po zespołach „hardrockowych” oczekujecie jakichkolwiek wolt stylistycznych, to możecie się mocno rozczarować. Kanadyjska ekipa gra dokładnie to, czego mogliśmy się po niej spodziewać. Znów jest kosmicznie, przesterowo i maksymalnie przebojowo. Mam wrażenie, że oni te refreny wymyślają pod prysznicem, a potem po prostu obudowują je bogatym instrumentarium. Do tego trochę hipiserki, wokalne pojedynki damsko-męskie i parę nietrącących wiochą epickich solówek. Wychodzi z tego przyjemna płyta, która na bank porwie neofitów, a starszym wielbicielom gatunku dostarczy kilku przyjemnych chwil podczas nadchodzącego lata. Chyba też nieźle, prawda?


Black Mountain
„IV”
Jagjaguwar

Dodaj komentarz

-->