Kosi zaprasza na JWP Days

25. czerwca na terenie warszawskiego 1500m2 do wynajęcia odbędzie się pierwsza impreza pod szyldem JWP Days. Jak w tekście promującym to wydarzenie wspominają jego organizatorzy same urodziny ich rapowo-grafficiarskiego składu – które co roku w październiku przyciągają tłumy gości – przestały im wystarczać i dlatego wymyślili sobie nową okazję do świętowania. Datę przy tej okazji wybrali wręcz idealną, bo w jeden z najdłuższych dni w roku, tuż przed wakacjami, kiedy pogoda – miejmy nadzieję – rozpieszcza witających już powoli wakacje, miejskich letników. A atrakcji na ten dzień przygotowali pełen wachlarz. Od wprost związanych z kulturą hiphopową – rapowych koncertów, setów djskich i graffiti jamu, przez – pośrednio z nią związane – zawody deskorolkowe i targi muzyczno-streetware’owe, aż po – nie mające z nią zbyt wiele wspólnego, ale tak bardzo wszystkim w takie dnie potrzebne – spotkanie food tracków. Żeby pogadać o tym co dokładnie będzie się działo na boisku i we wnętrzu dawnego liceum Hoffmanowej na Emilii Plater 29 spotkaliśmy się z jednym z Jaśnie Wielmożnych Panów – Kosim. Jedząc curry u Wietnamczyka na warszawskim Mokotowie nie skupiliśmy się jednak na części gastronomicznej imprezy. Bardziej pochłonął nas hip-hop i wielość jego kontekstów, które pojawiały się co rusz przy rozmowie o kolejnych punktach programu.

Nieraz zastanawiałem się nad tym dlaczego w Polsce – w której hip-hop jest przecież jednym z najpopularniejszych gatunków muzycznych – nigdy nie przyjęła się tradycja block parties, która w Nowym Jorku jest immanentnie wpisana w tę kulturę.

Odpowiedź na to pytanie jest moim zdaniem bardzo prosta – bo w Polsce… pogoda zawsze jest niepewna. W Nowym Jorku lato jest dużo lepsze niż u nas i praktycznie od czerwca niekiedy nawet aż do listopada jest ciepło i słonecznie. A w Polsce ani snowboardingu ani plażingu nigdy nie zaplanujesz z wyprzedzeniem, bo nie wiadomo jaka będzie pogoda. My swego czasu z Piotrkiem (Szulcem, DJ Steez – przyp. red.) robiliśmy bloc parties pod szyldem Rap History Warsaw i zwykle dobrze trafialiśmy, bo nawet jak przez cały tydzień była brzydka pogoda to akurat na naszą imprezę wychodziło słońce, ale zdarzało się też tak, że tylko tego dnia lało i wtedy nigdy nie wiadomo co zrobić. Bo zaplanowałeś super wydarzenie, przybiło się na facebooku parę tysięcy osób, a później pada deszcz i nie ma gdzie tego przenieść. Przecież w Polsce w lipcu potrafi być czasem nawet i 5 stopni.

Funkcję block parties w pewien sposób pełniły w Polsce jamy graffiti.

To prawda, choć rzadko były one związane wprost z muzyką, to były jednak pierwszymi imprezami hiphopowymi na świeżym powietrzu. W 1996 roku byłem na takim jamie na Chomiczówce. To był pierwszy warszawski jam na którym spotkała się prawdziwa elita stołecznych grafficiarzy i ja jeszcze wtedy do niej nie należałem ale i tak dostaliśmy ścianę do malowania w dobrym miejscu, obok fame’owych writerów. Pamiętam, że grał tam wtedy DJ Gosme aka Grochowiak, którego ja jeszcze pamiętałem jako skejtera, a on później razem z Frankiem i Wzorowym zakładał Stereofonię. To była pierwsza tego typu impreza w Warszawie w której miałem przyjemność uczestniczyć – były gramofony, muzyka, graffiti i deskorolka.

jwp 2016

No właśnie – deskorolka. W Polsce stała się ona w latach 90. elementem tej samej, ulicznej zajawki, w której skład wchodziło też graffiti i rap, a przecież w Stanach nie była ona nigdy elementem kultury hiphopowej.

To jest trochę specyfika naszego miasta, a nie koniecznie całej Polski. Podobnie też jest w Stanach – inna deskorolka jest w Nowym Jorku, a inna w Kalifornii. I ta warszawska jest trochę taka nowojorska – uliczna, mocno rapowa, mniej związana z punk rockiem niż na przykład łódzka, która jest dużo bardziej punkowa, taka jak w Los Angeles. W Warszawie od zawsze deskorolka szła w parze z rapem, jeszcze zanim wyszła pierwsza Mistic Molesta.

I podczas JWP Days też będzie miała ona swoje miejsce w programie imprezy.

Tak, robimy turniej w „skate’a” (forma zawodów deskorolkowych podobna do popularnej swego czasu na podwórkach, piłkarskiej „dupy”, uczestnicy wykonują jeden po drugim konkretne tricki i komu się nie uda ten dostaje po kolei kolejne literki a kiedy uzbiera rzeczone miano „skate’a” czyli nie wyląduje 5 tricków odpada z zawodów – przyp. red.). Tam na boisku liceum Hoffmanowej, przy nowym 1500m2 nie ma dobrej nawierzchni, żeby rozegrać coś innego, a nakłady finansowe nie pozwalają nam, żeby zainwestować w jakieś konkretne przeszkody. Ale za to będzie całkiem spoko pula nagród do wygrania. Swoją drogą to jest popierdolone w tym kraju, że deskorolka i snowboard są tak po macoszemu traktowane i my jako JWP – bądź co bądź zespół muzyczny – wykładamy na te nasze małe zawody tyle samo, co zwykle przeznaczają na nagrody naprawdę duże marki ciuchowe czy sportowe. To wygląda trochę śmiesznie. Nie mamy wsparcia żadnej z tego typu wielkich firm ale i tak inwestujemy w deskorolkę. Chcemy pokazać, że jest ona dla nas ważna – że identyfikujemy się z nią, że wielu naszych kolegów jeździło bądź wciąż jeździ, że my też jeździliśmy. Chcemy to wspierać, choć tak naprawdę nas na to nie stać. A te marki, które stać na to dużo bardziej, tego nie robią albo robią to bardzo rzadko.

Alternatywą wobec tego co robią inne firmy będą też wasze targi muzyczno-streetware’owe.

Street Market to idea, którą wymyśliliśmy swego czasu ze Steezem i ma ona pełnić rolę takiego hiphopowego bazaru. Bo są takie imprezy jak na przykład Mustasz, które są dosyć duże ale nie sfokusowane na nasz klimat. Przewija się przez nie kilkanaście tysięcy osób ale my robimy na nich dużo mniejsze utargi niż na Street Marketach na które przychodzi 10 czy 15 razy mniej ludzi ale są to ludzie konkretnie zainteresowani tym co robimy – skate, graffiti, płyty, ciuchy. A na te inne imprezy modowe przychodzą głównie ludzie, którzy prowadzą inny „lifestyle”. No i biorąc poprawkę na to, że żeby w nich uczestniczyć trzeba zawsze zapłacić pewne wpisowe, to nam się to najzwyczajniej w świecie nie opłaca. Street Market w naszym światku jest dużo bardziej korzystny i też bardziej potrzebny.

Głównym impulsem do przygotowania tej imprezy nie była jednak ani moda ani deskorolka tylko muzyka i nowe, dosyć nietypowe wydawnictwo spod szyldu JWP/BC.

Tego dnia swoją premierę będzie miała płyta z remiksami naszego zeszłorocznego albumu „Sequel”. To był taki mój pomysł wynikający głównie z tego, że muzyka rapowa wciąż się bardzo zmienia i… całe szczęście. Ja nie jestem ortodoksem, który trzyma się kurczowo brzmienia z lat 90, choć też sporo takich rzeczy wciąż nagrywam, bo bardzo lubię ten klimat. Sam słucham jednak bardzo różnych rzeczy, a jeszcze większą ilość znam, szanuję i cenię. I choć nasze krajowe środowisko hiphopowe ma z roku na rok coraz większą świadomość innej muzyki, to tym wydawnictwem chciałem im ją jeszcze bardziej poszerzyć. Zaprosiliśmy więc do współpracy muzyków nie związanych bezpośrednio z produkcją hip-hopową. Właściwie tylko Kixnare zrobił taki klasyczny, boom-bapowy bit, a poza tym wszyscy podeszli do tego na swój sposób – Korzeń, który kiedyś mocno współpracował z warszawską sceną (współprodukował min. takie klasyczne krążki jak „Taka płyta” Molesty Ewenement, „Minuty” Starego Miasta czy „Gdzie jest Eis?”… Eisa – przyp. red.) a dziś gra na trąbce w Daabie zrobił dub, Stickorama – drum’n’bass, Err Bits – jungle, a Matat Professionals czy 60 minut projekt jeszcze inne, własne rzeczy. Niektóre remiksy są w ogóle bez wokali i trochę żałuję, że nie zabroniłem wszystkim korzystania z całych zwrotek, bo z początku chciałem nazwać ten krążek „Interpretacje” i miałem nadzieję, że w tych nowych wersjach będzie jak najmniej z oryginałów. Większość wzięła jednak całe acapelle i podłożyła pod swoje bity, tu coś przedłużyła, tam wywaliła zwrotkę, tu rozbudowała, tam zamieszała. Bardzo ciekawie się to zapowiada. Chodziło nam właśnie o to, żeby pokazać jak bardzo muzyka może zmienić klimat płyty ale też przy okazji otworzyć ludziom głowy na to, że ten rapowy bit może być trochę inny niż do tego przywykli. Bo to nie jest muzyka, którą przeciętny zjadacz hiphopowego chleba od razu łyknie, niektóre remiksy są dosyć trudne i nawet ja sam nie do wszystkich zdążyłem się już przekonać. Bardzo szanuję za ich twórczość wszystkich artystów, których zaprosiliśmy do współpracy z DJ’em Falocnem1 – który jest producentem wykonawczym tej płyty – ale do niektórych z jej efektów sam muszę się jeszcze przekonać. I też dlatego robimy to wydawnictwo w bardzo limitowanym nakładzie – dlatego, że nie sprzeda się tego jakoś szczególnie dużo, dlatego, że nie chcemy żeby ktoś odniósł wrażenie, że odgrzewamy kotleta i dlatego, że pewnie części naszych słuchaczy zupełnie się to nie spodoba. Zrobimy 2000 sztuk na kompakcie i 300 na winylu. Wszystko bardzo fajnie wydane – do każdego kawałka będzie grafika zrobiona przez innego artystę, a kolejność utworów będzie inna niż na płycie. Taki remix.

Jpw Days

Wokół tych wszystkich limitowanych wydawnictw narósł nam ostatnio na polskim rynku hiphopowym swego rodzaju problem – nakłady rozchodzą się na pniu a później okazuje się, że połowa – jeśli nie więcej – z tych ludzi, którzy kupili daną płytę nie ma zamiaru nawet jej odfoliowywać, tylko tego samego dnia już wrzuca ją na allegro za 5-krotnosć ceny wyjściowej.

Tego niestety nie da się przeskoczyć. Nawet jak zrobimy limit 2 czy 3 płyt na osobę, to i tak 7 kolegów tego handlarza kupi mu tyle płyt ile on będzie chciał. Z drugiej strony jednak to też dobrze – jak pod kinem stoją koniki to znaczy, że jest zainteresowanie filmem. I tak samo jest tutaj – skoro pojawiają się takie akcje to znaczy, że rynek się rozwija i jest zapotrzebowanie na te krążki, a przez lata przecież nie było i wszyscy płakali, że nikt nie kupuje płyt i nie ma z czego żyć. Szkoda, że czasami prawdziwy fan nie może sobie czegoś kupić bo był akurat w robocie ale to i tak mała cena za ten rozwój, który nastąpił.

Wiele osób jednak na ten rozwój psioczy; szczególnie tych ze starej gwardii.

Dużo ludzi rości sobie dziś prawa do hip-hopu, bo… hip-hop jest dla wszystkich. Nie jest zarezerwowany ani dla dinozaurów, ani dla pionierów, ani dla old schoolowców, ani też dla new schoolowców. Każdy ma prawo wypowiedzieć się o hip-hopie i rozumieć go na swój, zupełnie inny sposób. Młode pokolenie rozumie go przecież zupełnie inaczej niż my go rozumieliśmy te 20 lat temu, ale to właśnie jest w nim najlepsze. Mnie tylko wkurwia jak ktoś się od niego odcina – gada gdzieś, że hip-hopu już nie ma. Nie wiem, może niektórzy go nie mają, ale to nie znaczy, że go nie ma. U nas w JWP rodzinie jest zajebisty hip-hop – ziomale malują codziennie pociągi, robimy bity, nawijamy pod nie. Czym innym jest hip-hop?

jwp days

Ten konflikt pokoleń wydaje mi się, że wynika w dużym stopniu z tego, że generacje się zmieniły, a gatunki i ich nazwy nie. Nasi rodzice słuchali rocka, a my – dzisiejsi trzydziestolatkowie – rapu, którego wcześniej nie było i oni go nie zawsze rozumieli, a teraz i my słuchamy rapu i dzisiejsi nastolatkowie też, tylko to jest już zupełnie inny rap.

Dokładnie. Robić muzykę w ’95. roku a dzisiaj, to jest taka różnica jak robić w ’95. i w ’75. Jak ja w ’95 zaczynałem rapować i ktoś by mi puszczał rocka z ’75. to bym mu powiedział – no, ok, fajny ale my teraz robimy już coś innego. No i dzisiaj jak małolaci słuchają tych naszych starych rzeczy, to dla nich jest trochę tak jak by nam ktoś puszczał w tym ’95. Led Zeppelin. To jest całkowicie zrozumiałe, ale jednocześnie hip-hop zawsze się wyróżniał i zawsze powinien się wyróżniać szacunkiem do korzeni. Trochę nie przystoi mianować się hiphopowcem i nie znać historii tego gatunku. Bo to nie jest pierwszy lepszy gatunek na który akurat jest moda. Taki to jest dance – nie zagłębiamy się, nie słuchamy tego, co było wcześniej, tylko tego, co teraz jest na topie. A hip-hop ewoluuje cegiełka po cegiełce, coś powstaje dlatego, że coś było wcześniej. Według mnie to jest duży błąd jak ktoś zapomina o korzeniach, bo tylko wtedy może się coś złego stać z hip-hopem, może się zmienić w miałki pop. Ale o to się nie martwię, bo znam wielu dzieciaków co kumają dobrze ten temat, słuchają też rapu z tamtych lat i najlepiej się czują właśnie w 90sach. I są też takie postaci jak Joey Bada$$ czy – u nas – Otsochodzi, którzy robią współczesny rap, ale jednak mocno przesycony tymi minionymi czasami, A Tribe Called Quest, Wu Tang Clanem i Boot Camp Click. Otsochodzi zresztą w trakcie naszej imprezy będzie miał premierę swojej płyty.

Nie boisz się konkurencji ze strony młodych?

Ani trochę. Cały czas widzę jak młodzi wchodzą do gry i przyciągają do siebie fanów, biorą swój kawałek tortu i… o to właśnie w tym wszystkim chodzi. To jest tak jak w sporcie – nie możesz być cały czas topowym piłkarzem, w końcu przyjdą młodsi, sprawniejsi, inaczej wyszkoleni. Zawsze było tak, że młodsi podgryzają starszych, a słabsi – silniejszych. Ja jestem bardzo za tym. Bardzo lubię małolatów i lubię młody rap. Nie czuję się zagrożony w żaden sposób, bo ja nigdy od rapu nie miałem jakichś wielkich oczekiwań finansowych. I wydaje mi się, że to jest jedna z niewielu rzeczy, która różni to młodsze pokolenie od nas, bo kiedy my zaczynaliśmy nie można było liczyć na pieniądze z rapu, bo ich nie było, nic nie było. Kiedy ja miałem 23 lata i później kiedy miałem 26 to z rapu w Polsce wciąż zarabiało kilka osób i też podejrzewam, że były często oszukiwane bo nie wiedziały jeszcze na czym ten biznes polega. A teraz każdy przeciętny dwudziestoparolatek, który nieźle rapuje w przeciągu roku może zbudować sobie fanbase rzędu 1000 osób, które kupią 1000 jego mixtejpów. 1000 mixtejpów to jest 30 000 złotych – 25 000 złotych w ciągu jednej doby wpływa mu na konto i jak masz 22 lata i mieszkasz u mamy to jesteś ustawiony spokojnie na pół roku. Do tego dostajesz ciuszki, bo branża jest rozwinięta, jest dużo firm i każdy coś ci chętnie da, żebyś w tym się pokazywał. I są festiwale – tu koncert zagrasz za 500 zł, tu za tysiąc… Łatwiejszy start mają teraz dzieciaki, mogą się szybciej uniezależnić i robić swoje rzeczy.

jwp days

Ale też jest i dużo większa konkurencja…

A fejm i idący za nim hajs to nie tylko kwestia umiejętności, stylówy czy własnego podejścia do tego co się robi. To też często wypadkowa danego momentu i szczęścia. Nie jest niestety tak, że ktoś jest super zajebisty, wydaje płytę i automatycznie osiąga sukces. Historia rapu nieraz dowodziła, że tak nie jest. Nawet tak kozackich albumów jak „Illmatic” Nasa – nie umniejszając oczywiście wadze tego albumu – myślę, że w tym czasie wyszło w Stanach przynajmniej jeszcze kilka ale to on trafił w „ten” moment i to o nim wszyscy pamiętamy.

Dziś rano chociażby słuchałem „Doe or Die” AZ.

Idealny przykład. Gdzie jest dziś Nas a gdzie AZ? Bo choć miał chyba nawet lepszy start od Nasa, AZ się nie przebił na dłuższa metę.

To też kwestia tego, że dużo mniej bacznie śledził on to, co się dzieje na scenie. Podczas gdy Nas lepiej lub gorzej łapał się na większość nowych trendów w rapie, AZ zawsze był raczej ortodoksem. Ale zostawmy Nowy Jork i wróćmy jeszcze na chwilę do Warszawy – kto jeszcze wystąpi na JWP Days 2016?

Poza Otsochodzi, Guzior – dwóch przedstawicieli młodej szkoły, bo lubimy młodą szkołę, fajny rap robią jeden i drugi. Będzie też mam nadzieję Macio Moretti z 60 minut projekt ale jeszcze nie wiadomo czy da radę bo ma tego dnia urodziny swojego syna i jeszcze jeden gig w WWA. Jak się nie uda tym razem, to będzie na pewno na naszych urodzinach w październiku. No i my – JWP/BC zamkniemy część koncertową. A z DJ’i będzie Kixnare, Blekot, Matat Professionals, Steez i Falcon1. Impreza trwać będzie cały dzień od 12 w południe do pewnie jakiejś 5-6 rano, w dzień na boisku przed 1500m2 a wieczorem w klubie, a jak będzie padało to całość przeniesiemy do klubu na co jesteśmy od razu przygotowani. Zapraszam więc serdecznie.

Dodaj komentarz

-->