Kiedy w tajemniczych okolicznościach znikają dwie MałeDziewczynki, lokalna policja i ich rodzice robią wszystko, by je odnaleźć. No właśnie – ale czy „wszystko” to nie za dużo? W #Labiryncie Denis Villeneuve, autor m.in. „Maelström” i „Pogorzeliska”, bada najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy i moralność osób postawionych w sytuacji bez wyjścia. Grający główne role aktorzy szybko odnaleźli wspólny język. Tworzą na ekranie świetny duet, choć ich historie rozgrywają się równolegle, a wspólnych scen mają ledwie kilka.
Kanadyjczyk umiejętnie prowadzi swoje postaci przez emocjonalne piekło i czyściec, nie pozwalając im wpaść w pułapkę konwenansów. #KellerDover (Jackman) i detektyw #Loki (Gyllenhaal) są skrajnie różne – jeden reprezentuje instytucję, drugi indywidualną jednostkę. Te dwie perspektywy pozwalają zbudować złożony i wiarygodny pejzaż ludzkich uczuć, który dopełniają doskonałe, niejednoznaczne role drugoplanowe. #Villeneuve zaprosił do współpracy znanych aktorów, ale zrobił film, który ani na chwilę nie wpada w hollywoodzką sztampę. Ubrany w kostium thrillera, trzymający w napięciu i zaskakujący #Labirynt sięga po emocje i lęki, do których może się odnieść każdy widz. Ale w świecie filmu nikt nie jest taki, jaki się wydaje – pod presją ludzka natura płata figle. Często możemy mieć wrażenie, że wiemy, czego spodziewać się w następnej scenie, ale na szczęście rzadko mamy rację. Siłą „Labiryntu” są doskonałe aktorstwo, klimatyczne zdjęcia i rzadka w kinie popularnym umiejętność trzymania w napięciu tylko dzięki scenariuszowi, bez uciekania się do cyrkowych sztuczek.
