Polskie wydanie „Superman kontra Lobo” wpadło na rynek jako album z metką DC Black Label i sugerowanym progiem „dla dorosłych”. Brzmi jak obietnica jazdy bez trzymanki: Człowiek ze Stali kontra najbardziej bezczelny najemnik kosmosu, w formule, która z definicji ma pozwalać twórcom na więcej. Tyle że to komiks, który przez większość czasu udaje, że jest niegrzeczny.
Fabuła komiksu jest dość prosta: Lobo ma wreszcie urlop i chce się nim w pełni czekać, ale w kosmosie pojawia się gigantyczny „kosmiczny niesporczak” o imieniu Numen, więc zamiast drinka z palemką robi się międzygalaktyczna zadyma w wyniku której Lobo przybywa na Ziemię i próbuje zniszczyć wizerunek Supermana metodami współczesnego trolla – memami, hasztagami i napędzaniem gównoburzy. Do tego mamy wątek dezinformacji i medialnej manipulacji, gdzie główne skrzypce gra Lex Luthor.
To, co w tej historii działa najlepiej, to sama „mechanika” pocztyki Supermana z Lobo. Seeley i Beattie działają w myśl zasady „co się stanie, gdy dwa przeciwieństwa utkną razem ze sobą?” – i mielą ją na różne sposoby: raz Lobo gra bohatera ludu, raz Superman musi gasić pożary wizerunkowe, innym razem obaj wpadają w kosmiczne tryby, których nie kontrolują. Jest w tym satysfakcja crossoveru: przerzucanie bohaterów na cudze boiska, mieszanie ich rekwizytów i tonacji, robienie z jednej mitologii lustra dla drugiej. Problem jednak w tym, że ten komiks obiecuje wiele, ale w środku dość często jedzie na autopilocie.
„Superman kontra Lobo” chce być komedią i satyrą na współczesne czasy. I miejscami mu się to udaje – zwłaszcza gdy żart wynika z kontrastu: nieskazitelny skaut z Kansas kontra kosmiczny osiłek. Tyle że takich zabawnych momentów jest tyle, co kot napłakał. Do tego nie czuć też żadnej stawki, wszystko jest letnie i nie absorbuje uwagi czytelnika. Kolejnym problem jest też samo tempo. To historia sklejona z trzech epizodów, które mają własne mini-finały” W zeszytach to jeszcze ma sens (jest cliffhanger, jest rytm), ale w wydaniu zbiorczym widać, jak fabuła czasem rozciąga się i potem nagle przyspiesza, bo trzeba domknąć akt. Ten komiks bywa po prostu za długi jak na to, co realnie ma do zaoferowania.
Podobać za to mogą się rysunki Mirki Andolfo. Jej styl jest ekspresyjny, czytelny, energiczny – idealny do komedii, gdzie liczy się ruch, mina i przesada. Wizerunkowo kontrast też jest trafiony: Superman wygląda jak chodząca reklama cnoty a Lobo to złol, którego decydowanie nie chcielibyśmy spotkać w ciemnym zaułku. I choćby właśnie dla warstwy wizualnej warto sięgnąć po ten tytuł. Pewnie Was nie zachwyci, ale też nie poczujecie niesmaku.
Ocena: 6/10
Tekst: Archer
Wydawnictwo: https://wydawnictwoegmont.pl/
Zdjęcia: Materiały prasowe




