8 fimów, które musisz zobaczyć podczas Docs Against Gravity Film Festival

Zbuduj miasto
Największy festiwal filmów dokumentalnych w Polsce w tym roku przeobraził się w Docs Against Gravity Film Festival. Ale nasza sekcja mocno trzyma się swoich założeń – miasto wciąż jest nasze. Zbudowane z różnych cegiełek często do siebie niepasujących. Głośne, nie zawsze bezpieczne, zatłoczone nie tylko ludźmi, ale i pomysłami. Oto dziewięć filmów, które koniecznie zaznaczcie w festiwalowym harmonogramie.

Pixadores

„Pixadores”
reż. Amir Escandari

Są jeszcze miejsca, w których graffiti ma znaczenie. Nie dopadły go agencje reklamowe, które wykorzystując sztukę uliczną, próbują poprawić wyniki sprzedaży. Nie zostało przejęte przez kibolsko-nacjonalistyczne bojówki. Dba o treść, nie o czcionkę. To brazylijskie pixação – ożywcze antysystemowe hasła na stałe wsiąkły w miejski krajobraz São Paulo i Rio de Janeiro. Członkowie tej społeczności wywodzą się z faweli, w których do niedawna częściej słyszało się strzały niż syk spreju. Do jednego z osiedli biedy, Sabão na obrzeżach São Paulo, dotarł Amir Escandari. Z kamerą podąża za czterema kumplami, dla których mury są jak książki. Ryzykują życie, wspinając się bez zabezpieczenia na wieżowce, by swoimi wrzutami naruszyć strefę komfortu establishmentu. Przewodzi im Djan, bystry i przedsiębiorczy, który wie, jak zwrócić uwagę nie tylko lokalnych władz. Czarno-biały, fenomenalny wizualnie „Pixadores” ma równie charyzmatycznych bohaterów, jak pamiętne „Miasto Boga” Fernando Meirellesa. Choć reżyser przyjmuje perspektywę chłopaków, to nie spoufala się z nimi. Skupia się nie tylko na pracy na wysokościach, lecz także na przyziemnych problemach z rodziną czy bezrobociem. Fiński dokument to złożony portret wykluczonej społeczności, która nie daje sobie założyć estetycznego kagańca.

 

hillbrow

„Na dzielnicy”
(„Hillbrow”)
reż. Nicolas Boone

Kolejna filmowa wycieczka do dzielnicy, o której nie wspomina się w przewodnikach turystycznych. Hillbrow to jeden z najbardziej niebezpiecznych rejonów Johannesburga. Niegdyś nowoczesna, przeznaczona dla klasy średniej, w latach 90. stała się pozbawionym kontroli gettem, azylem dla grup przestępczych i kuźnią nowych pokoleń gangsterów. O ile w „Pixadores” widzimy, że zakazane dzielnice mogą być centrum twórczego fermentu, o tyle Nicolas Boone skupia się wyłącznie na bezrefleksyjnej, mechanicznej przemocy. To ona wyznacza rytm życia mieszkańców Hillbrow – napady z bronią w ręku, dzieci ściągające haracze, przypadkowe zabójstwa. W długich, płynnych ujęciach reżyser przechodzi od przestępstwa do przestępstwa, sugerując, że z kręgu zła nie można się wydostać. Nie komentuje inscenizowanych scen, jego film swoim jednostajnym, halucynacyjnym tempem staje się dokumentalną odpowiedzią na „Słonia” Gusa van Santa.

 

bikes vs cars 2

„Rowery kontra samochody”
(„Bikes vs. Cars”)
reż. Fredrik Gertten

Walka jednośladów z czterema kółkami trwa. Dla obu stron liczy się każdy centymetr jezdni. Jeśli warszawskie ścieżki prowadzą donikąd i wiją się jak nitki makaronu, warto się przekonać, jak rowerowa infrastruktura wygląda w – wydawałoby się – bardziej cywilizowanych miejscach. Dokument szwedzkiego reżysera i dziennikarza imponuje skalą przedsięwzięcia i liczbą zaskakujących faktów. Fredrik Gertten zjechał z ekipą filmową pół globu – od Kopenhagi, przez Los Angeles, po Bogotę – by zaprezentować różne podejścia oficjeli do komunikacji miejskiej, ekologicznych środków transportu i właścicieli samochodów. W Kalifornii odkrywa pozostałości po rozbudowanych szlakach rowerowych z początku XX wieku, które zostały wykupione przez koncerny motoryzacyjne, a następnie zlikwidowane. Stolicę Danii powoli przemierza ze zgryźliwym taksówkarzem, próbującym przeżyć w chmarze nieuważnych rowerzystów. W Toronto przygląda się miejskiej kontrrewolucji gubernatora, który wypowiedział wojnę „terrorystom na dwóch kółkach”. Z tej rzetelnej, komunikacyjnej kwerendy wyłania się obraz odpornej na polityczne zmiany sieci powiązań między biznesem a urzędnikami, która wpływa na codzienność mieszkańców miast. „Rowery kontra samochody” to także głos rozsądku w tej batalii, wskazujący rzeczywistych winnych – to nie ścieżki rowerowe czy właściciele aut tamują ruch miejski, lecz nieudolne władze.

 

buffalo_juggalos

„Buffalo Jugallos”
reż. Scott Cummings

Ten dokument mógłby nakręcić Harmony Korine. Tak jak w „Trash Humpers” ikony amerykańskiego kina niezależnego, tak w „Buffalo Jugallos” po ekranie paradują zastępy dziwadeł, których intencje do końca seansu pozostają nieznane. Anonimowe przedmieścia w filmie artysty Scotta Cummingsa przypominają bardziej dystopijną wizję po apokalipsie niż folder reklamowy dewelopera sprzedającego „amerykański sen”. Puste place zabaw i parkingi, podejrzane kluby i ich zamaskowani bywalcy. W serii statycznych, pozbawionych reżyserskiego komentarza scen widzimy grupę jugallos – członków subkultury, którzy malują się i ubierają jak clowni. Wzorem jest dla nich nie dobrotliwy Howard, lecz wesoły morderca z plującym kwasem kwiatkiem w klapie. Bohaterowie rozbijają się po mieście fioletowym autem, kopulują, rabują. W milczeniu patrzą w obiektyw – podkreślają w ten sposób swoją obcość i bawią się wizerunkiem rodem z horrorów klasy B. Oryginalne „Buffalo Jugallos”, film na pograniczu wideo-artu i mockumentu, bardziej pasujący do muzealnej sali niż kina, to manifest anarchistycznej partyzantki i miejskiego chaosu.

 

double happiness

„Skopiujmy sobie miasto”
(„Double Happiness”)
reż. Ella Raidel

Chiny wciąż śnią się dokumentalistom. I są to głównie koszmary – dziki kapitalizm, niszczenie środowiska naturalnego, wyzysk pracowników i karmiona hormonami panga. W większości tych filmów, zazwyczaj słusznie bijających na alarm, pojawia się jednak ton protekcjonalny, ignorujący fakt, że Chińczycy jedynie powtarzają błędy Europejczyków. „Skopiujmy sobie miasto” nie wpisuje się w ten trend, choć punktem wyjściem dla reżyserki było zdumienie chińską mentalnością. Fascynację europejską kulturą Państwo Środka łączy bowiem z oszczędnością – po co przemierzać kilka tysięcy kilometrów, skoro można zagospodarować wolną przestrzeń i wystawić własną wieżę Eiffla. Albo Paryż lub Szkocję. W całości, w parku miniatur lub w skali jeden do jednego. Ella Raidel skupiła się w swoim dokumencie na budowie Hallstatt, pierwszej austriackiej wsi w Chinach odtworzonej w 90%. – Kreować znaczy imitować – wykłada swoją filozofię jeden z indagowanych architektów. To stwierdzenie przestaje dziwić, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że większość tego, co wytwarza współczesna (pop)kultura, to powielane pomysły. Kopiuję, więc jestem – nie tylko w Chinach.

 

nas

„Nas: Illmatic”
(„Nas: Time Is Illmatic”)
reż. One9

W 2014 r. minęło 20 lat od wydania debiutanckiej płyty Nasa „Illmatic”. Nakręcony z tej okazji dokument to klasyczny portret ikony amerykańskiego hip-hopu i energetyczny powrót do muzycznej atmosfery lat 90. Reżyser ukrywający się pod pseudonimem One9 podąża śladem nowojorskich korzeni Nasira Jonesa. Raper wychował się w Queensbridge, największym blokowisku w całych Stanach Zjednoczonych. Wywiady z jego bratem, producentami i innymi artystami rzucają światło na to, co ukształtowało go jako artystę. Stworzyła go nie zawsze bezpieczna ulica i prężnie działająca lokalna scena hiphopowa. Niemałą rolę odegrał też utalentowany ojciec – Olu Dara, popularny muzyk grający jazz i blues – oraz wczesne porzucenie szkoły, w której nikt nie interesował się przyszłością czarnoskórych dzieci. Z tych doświadczeń – zarówno dobrych, jak złych, osobistych i artystycznych – wyłonił się jeden z najważniejszych reprezentantów hip-hopu lat 90. „Nas: Illmatic” to także świadectwo tego, ile artysta może zawdzięczać miastu.

 

fresh dressed

„Zrzutka”
(„Capital C”)
reż. Timon Birkhofer, Jørg M. Kundinger

Crowd funding to ratunek dla projektów skazanych pozornie na porażkę, dziwnych inicjatyw i pomysłów zbyt ryzykownych dla obracających dużymi sumami sponsorów. Na szczęście są tacy, którzy są w stanie dorzucić kilka złotych nawet do spływu Dunajem na drzwiach od toalety. Reżyserzy „Zrzutki” badają fenomen współfinansowania społecznościowego na przykładzie trzech niezależnych projektów. Artysta grafik Jackson Robinson przygotowuje autorską talię kart nawiązującą do historii Stanów. Hipster Zach Crain marzy o serii rękawków na butelki z alkoholem. Założyciel zasłużonej dla świata gier komputerowych firmy Interplay Brian Fargo chce przywrócić do życia stworzone jeszcze w latach 80. science fiction „Wasteland”. Twórcy podkreślają nie tylko dobre strony tej metody – hejt rozczarowanych darczyńców i presja czasu potrafią pokrzyżować plany artystów. Dowodem skuteczności Kickstartera jest jednak sam film – w całości sfinansowany dzięki użytkownikom portalu.

 

pulp

„Pulp: film o życiu, śmierci i supermarketach”
(„Pulp: A Film About Life, Death & Supermarkets”)
reż. Florian Habicht

W „Love Story”, swoim nagradzanym debiucie, Florian Habicht przekornie zajmował się miłością do kobiet i samego siebie, w nowym filmie skupia się na miłości do muzyki. Przedmiotem uczuć jest tu tytułowy Pulp, britpopowy zespół założony w 1978 r. w Sheffield przez Jarvisa Cockera. 8 grudnia 2012 r. członkowie bandu wrócili do rodzinnego miasta, by dać swój ostatni koncert w Anglii. Dzięki wyczuciu ironii i umiejętności do wypatrywania lokalnych absurdów o filmie Habichta można powiedzieć wszystko, oprócz tego, że jest typowym muzycznym dokumentem. Z rozmów z groupies – od 60-letniej inwalidki tłumaczącej wyższość Pulp nad Blur po właścicielkę bielizny z nadrukowanym nazwiskiem wokalisty – reżyser tworzy jednocześnie czuły i dowcipny hołd dla małomiasteczkowego życia i (idąc tropem tytułu najpopularniejszego kawałka zespołu) tzw. „common people”. „Pulp” to też biblia porad dla początkujących muzyków. „Nie podrywaj dziewczyn, gdy pracujesz w przetwórni ryb” – to tylko jedna z nich.

Dodaj komentarz

-->