Małgorzata Halber: O pierwszym doświadczeniu festiwalowym

1996 rok, Marlboro Rock Festival, molo w Sopocie, grają Foo Fighters. Po raz pierwszy pytam rodziców czy mogę wyjechać pod namiot z koleżankami. Mam 16 lat, nie jestem jakąś specjalną fanką Foo Fighters, ale jest na tyle świeżo po śmierci Cobaina, tak blisko tego grunge’owego szału, że zobaczenie na żywo Davida Grohla równa się przeżyciu religijnemu.

Jedziemy nocnym pociągiem z Otwocka do Sopotu. Jedzie się z siedem czy osiem godzin, nie ma miejsc, stoimy przy kiblu z naszymi namiotami i śpiworami. Być może nawiązuje się jakaś rozmowa z chłopakami, którzy umilają sobie podróż Okocimiem w puszce, może nas nawet częstują. Kiedy wysiadamy o świcie, jest oczywiste, że najpierw musimy iść nad morze. Jestem nieprzytomna i brudna i jestem pierwszy raz w życiu w Sopocie. Jeszcze nie wiem, że za kilka lat ironia losu zwiąże mnie z tym miastem na osiem lat, kiedy po wywiadzie ze Ścianką zostanę dziewczyną Maćka Cieślaka.

Świta, niebo jest sine. Siedzimy we trzy na plaży, uczennice XXV LO im. Józefa Wybickiego w Falenicy. Pole kempingowe okazuje się być na końcu świata, prawie już w Gdyni. Zasypiam i śpię do trzynastej. Właściwie to płyta Foo Fighters (czy raczej należałoby powiedzieć: kaseta) nie podoba mi się W OGÓLE. Ale jestem nastolatką, przeżywam to, że Pat Smear ma utlenione włosy, coś co w połowie lat 90. jest wyznacznikiem mężczyzny pożądanego, wizerunek utrwalony w mojej głowie przez Mike’a D i Sick Boya z „Trainspotting”. Och, jak wiele byśmy dały za to, żeby wśród chłopców z festiwalowego tłumu poznać kogoś, kto wygląda jak Pat Smear. Po latach nie jestem w stanie przywołać żadnego wspomnienia z tego koncertu, za to doskonale utrwalił mi się następny dzień festiwalowy, być może dlatego, że estetycznie najbardziej odległy od tego, co w muzyce od zawsze było mi bliskie. Mimo że miałyśmy wykupione karnety, było dla nas, a w każdym razie dla mnie, dosyć oczywiste, że noga moja nie postanie na terenie molo (obecnie im. Jana Pawła II, wtedy bezimiennym), gdy będzie tam grał Joe Satriani. Na terenie naszego kempingu poznałyśmy trzech chłopców z Gołdapi. Byli bardzo mili i nieco speszeni, kiedy dowiedzieli się, że jesteśmy z Warszawy. „Ja z Otwocka” poprawiła moja przyjaciółka z liceum o ksywie Sabotage. Tak, Sabotage od Beastie Boys. Siedziałyśmy z nimi na plaży, szczęśliwe, że poznałyśmy miłych chłopaków, wesołych i zabawnych, nie było w tym dreszczy erotycznego podniecenia, tylko zadowolenie i bardzo wiele śmiechu, jaki wywoływały kolejne solówki Satrianiego bezlitośnie niosące się od Jelitkowa po Orłowo.

Nie pamiętam imion tych chłopaków, w środku byłam przejętą wyjazdem na festiwal nastolatką, nieśmiałą i przerażoną. Gadaliśmy dalej już na naszym polu namiotowym, w pewnym momencie musiałam pójść zrobić siku. Oczywiście ze względów sanitarnych wymagało to ode mnie przyjęcia pozycji na narciarza. Spuściłam wodę, podciągnęłam spodnie i poczułam, że wydarzyło się coś potwornego. Cały mocz, całe dwa piwa, które właśnie wysikałam, znalazły się nie w muszli, tylko w moich spodniach. Czułam ciepło i lepkość dżinsu. Z przerażeniem myślałam o tym, jak mam wrócić do tych nieznanych mi chłopaków, przed którymi przecież chciałam być fajna, a właściwie ładna. To była moja jedyna para spodni na tym wyjeździe. Ostatecznie przewiązałam się w pasie kurtką przeciwdeszczową i tak w zasikanych spodniach robiłam dobrą minę do złej gry. Nie pamiętam, co grali Foo Fighters, ale do końca życia będę pamiętać ten wstyd.

Małgorzata Halber skończyła filozofię na UW, pisarka, rysowniczka i dziennikarka. Obecnie pracuje nad drugą książką po „Najgorszym człowieku na świecie”.

Foto: Łukasz Saturczak

  • Paulina Wojda

    Lubię każde słowo napisane przez MH – forma + treść.

    P.S.”przeżywam to, że Pat Smear ma utlenione włosy, coś co w połowie lat 90.
    jest wyznacznikiem mężczyzny pożądanego, wizerunek utrwalony w mojej
    głowie przez Mike’a D i Sick Boya z „Trainspotting” – czyli nie tylko ja tak miałam :)