„Halo, tu Lordofon” – wywiad z Lordofon

aktivist lordofon
Fot: Helena Bromboszcz

Spot o treści „LORDOFON 22 230 22 48” wyświetla się na ekranie przy Cepelii w Warszawie. Dzwonię, następuje przekierowanie na numer zewnętrzny. Odbiera Maciek Poreda, połowa duetu Lordofon. „To jakiś cud, że dodzwoniłeś się za pierwszym razem. Mieliśmy już jakieś 200 połączeń, a jest przed ósmą rano”. Kilka godzin później trzeba było przekierować numer do drugiej połowy duetu – Michała Jurka, który meldował do wydawcy: – Maciek odbył już jakieś kilkaset rozmów i trochę nie wyrabia. Szybki rzut oka na statystyki – rzeczywiście, nie kłamie. Dobę później liczba połączeń dobiła do blisko 10 tysięcy. Kim byli dzwoniący? Przede wszystkim zaintrygowani przechodnie, choć nie tylko. Dzwonili i nadal dzwonią: wierni fani, najbliżsi przyjaciele, inni artyści. Choć to jeszcze debiutanci, ja już wiem, że Lordofon to coś więcej niż „kolejny hiphopowy zespół”. Pierwszy album formacji o lapidarnym tytule „Koło” trafi do słuchaczy już 16 października. Wszyscy, którzy przesłuchali materiał przedpremierowo, zgodnie określają go mianem kandydata do płyty roku. I coś w tym jest – panowie we własnym stylu mieszają gatunki, nie uznają utartych schematów i niczego nie udają – nie muszą.

Wywiad Lordofon

Rozmawiał: Kamil Kopetz

Michał Jurek: Wiesz, że 16 października mija dokładnie 10 lat od naszej pierwszej próby?

Pamiętacie, co wtedy graliście?

Maciek Poreda: Na pewno indie rocka, punk, garage i jakieś tysiące coverów Arctic Monkeys i Nirvany. Mniej więcej w tym okresie, zupełnie dla zabawy, zrobiliśmy kilka hiphopowych piosenek. Podpisaliśmy je „Lordofon”. Sami nie jesteśmy w 100 procentach pewni, skąd i dlaczego taka nazwa.

Tymczasem minęło kilka lat…

Maciek: …i kilka projektów po drodze, po czym wyjechaliśmy na studia do Warszawy. Zacznijmy od tego, że z Jurkiem poznaliśmy się jakieś 13 lat temu na obozie tenisowym. Jako łomżyńscy gimnazjaliści w 2010 r. założyliśmy nasz pierwszy zespół. Ledwo potrafiłem grać na gitarze, kompletnie nie umiałem śpiewać. Jurek nigdy wcześniej nie grał na perkusji.

Michał: A że jesteśmy leniami, nie chciało nam się szukać sali prób. Dopiero po jakimś czasie przypomnieliśmy sobie o Lordofonie. Z wielu kawałków, które zrobiliśmy od tamtego momentu, wybraliśmy sześć najlepszych. I tak powstała „Plastelina EP”.

Jaki był pierwszy utwór, który wtedy powstał?

Michał: To było „Lato”, które, co ciekawe, powstało jeszcze przed wydaniem „Plasteliny”. A że było za późno, by numer mógł trafić na EP-kę, zaczekał swoje i pojawi się na „Kole”.

Maciek: Mieliśmy sporo czasu na rozmowy i eksperymenty. Wystarczająco dużo czasu, żeby nauczyć się robić trochę lepszą muzykę i na spokojnie zastanowić się, co chcemy robić dalej.

Lordofon wywiad

fot: Helena Bromboszcz

Czym zatem różni się Lordofon Anno Domini 2020 od tego z 2019 roku?

Michał: „Plastelina” i „Koło” to dwie bardzo różne płyty, przynajmniej z naszej perspektywy. „Plastelinę” robiliśmy głównie dla nas samych i dla naszych znajomych. To zbiór kawałków, które powstawały na luzie, z nudów. Nie podejrzewaliśmy, że ten album przesłucha więcej niż kilka osób. Podczas pracy nad „Kołem” towarzyszyła nam już świadomość, że tym razem ktoś już będzie tego słuchał i ten ktoś może mieć względem nas jakieś oczekiwania, którym trzeba sprostać. Wiedzieliśmy, że kawałki na „Kole” muszą trzymać pewien poziom i być czymś więcej.

Maciej: Wydaje mi się, że Lordofon w 2020 r. pokazuje więcej swoich umiejętności i wykłada więcej różnych kart na stół. „Koło” jest zbiorem piosenek, które chcieliśmy stworzyć od dawna i cały czas chodziły nam niespokojnie po głowach. Poza tym chcieliśmy, aby brzmiało to nowocześnie, jak materiał z 2020 r.

Pokazaliście mi ostatnio zdjęcia z waszego studia. I to nie byle jakiego studia – wieś pod Łomżą, cisza, spokój. Kury nawet macie…

Maciek: Jeździmy sobie tam raz na jakiś czas, żeby nowe rzeczy porządnie nagrać i zmiksować. Moi dziadkowie mają tam działkę z fajnym drewnianym domkiem i stodołą. Studio znajduje się właśnie w stodole.

Z zewnątrz wygląda dość niepozornie.

Michał: Stodoła jest wyposażona w cały sprzęt, który jest nam potrzebny do nagrań. To zasługa Tomasza Poredy, taty Maćka, który od zawsze wierzył w nas i w nasze dążenie do tego, aby to muzyka stała się czymś, z czego moglibyśmy żyć. Projektantem był Maciek, o akustykę zadbał szwagier naszego ziomka, Lagiego.

Wasza dwuosobowa komuna, z tego, co wiem, rządzi się swoimi zasadami i konkretnym podziałem obowiązków. Opowiedzcie, kto i za co opowiada w tym procesie.

Michał: Nasz proces w zasadzie się jeszcze kształtuje i zmienia.

Maciek: To prawda, aczkolwiek podział obowiązków jest prosty. Jurek robi w swoim mieszkaniu bity, a ja w swoim wokale i teksty. Totalna praca zdalna. Zresztą prawie wszystkie kawałki z nowej płyty powstawały w Warszawie.

Prowadzisz notatnik?

Maciek: Tak, zapisuję wersy i pomysły na teksty, ale mówiąc szczerze, to rzadko z niego korzystam. Wolę pisać „na miarę” bitu niż korzystać z gotowych pomysłów. Na płycie są kawałki, do których teksty napisały się niemalże same, w dwie godziny. Są też teksty, nad którymi męczyłem się przez kilka dni. Zawsze staram się zaczynać od konkretnego pomysłu – muszę przynajmniej mniej więcej wiedzieć, co chcę powiedzieć, zanim zacznę pisać. Inaczej trudno mi sklecić coś, z czego będę zadowolony, chociaż takie sytuacje też się zdarzały.

Mnie osobiście urzekł tekst do „Głupka”.

Maciek: „Głupek” to wynik frustracji, fakt, że ostatnio coraz częściej wymagam od siebie coraz mocniejszych opinii na każdy temat, coraz mocniej wierząc, że mam absolutną rację. A tak naprawdę wiem coraz mniej. Czasami wszyscy jesteśmy debilami. Ja w tym tekście się do tego przyznaję, opisując błędy poznawcze, z których na razie zdaję sobie sprawę.

Gdy opowiadaliście mi o płycie po raz pierwszy, wielokrotnie wspominaliście o motywie powtarzalności.

Michał: Kiedy po „Plastelinie” zastanawialiśmy się, jak powinien brzmieć nasz następny album, stwierdziliśmy, że będziemy się starać korzystać z brzmień i patentów, które mimo że są świetne, to z jakiegoś powodu w ostatnich latach są w muzyce nieobecne. Staraliśmy się brać na warsztat te z nich, które nie są jeszcze retro, ale nie są też już modne lub często spotykane.

Stąd chociażby indie-rockowy „Opener”?

Michał: Tak jest. Zresztą „Opener” nota bene nawiązuje do muzyki, której można było posłuchać na Openerze w 2010 r., o czym Maciek napisał w tekście.

Zatem przypadkowo okazało się, że z debiutanckiej płyty powstał koncepcyjny album.

Maciek: Słowo „Koło” okazało się kluczem do całej płyty, choć rzeczywiście wydarzyło się to zupełnie przypadkowo. „Koło” spina ze sobą wszystkie kawałki, a także warstwę muzyczną z warstwą tekstową.

Michał: Zdajemy sobie sprawę, że trendy bez przerwy powracają i w pewnym sensie zataczają koło, a praktycznie każda nowa moda jest po prostu starą modą, która zmartwychwstała. My spróbowaliśmy uchwycić te muzyczne elementy, które koła jeszcze nie zatoczyły i w pełni nie powróciły do łask.

To dlatego „Koło” zdaje się trochę outsiderem – chociażby pod względem eklektyczności jest mocno obok tego wszystkiego, co serwują ostatnimi czasy wasi koledzy z muzycznego podwórka.

Michał: Zawsze słuchaliśmy zróżnicowanej muzyki i nigdy nie zamykaliśmy się na żadne gatunki. Staramy się nie sugerować stereotypami, które są przypisane do praktycznie każdego rodzaju muzyki, i ogólnie unikać gatunkowych szufladek – zarówno jako muzycy, jak i słuchacze.

Maciek: Zamykając się na cokolwiek, zrobilibyśmy krzywdę tylko sobie. To, czy to disco, rap, czy reggae, jest sprawą drugorzędną. Dlatego jeśli zainspiruje nas jakiś artysta lub kawałek, to zrobimy coś w tym stylu, tylko po swojemu.

Brzmi to jak statement lub co najmniej obietnica.

Maciek: Wydaje mi się, że po prostu obaj lubimy wyzwania. Nie ma niczego lepszego niż satysfakcja, którą czujesz, kiedy rozwiążesz problem, który wydawał się niemożliwy do rozwiązania. Stąd eksperymenty z różnymi stylami i brzmieniami. Zawsze staramy się robić rzeczy, których nie robiliśmy wcześniej. Myślę, że kurczowe trzymanie się jednej stylówy byłoby dla nas zwyczajnie nudne.

-->