Insta-gramy
Rap gra nigdy nie była zbyt przyjazna dla ludzi skromnych, cichych i nieśmiałych. Od pierwszego singla – data premiery utworu „Rapper’s Delight” uznawana jest za symboliczny początek całego hiphopowego ruchu – MCs prężyli się przed mikrofonami, napinali wersy i muskuły, przechwalali się, co to nie oni, z kim to nie oni, jak bardzo to nie oni. I wszystko było w porządku, bo żaden inny gatunek nie potrzebuje tak bardzo testosteronowego kopa i wstrzyków adrenaliny jak ten blisko 40-letni już bękart nowojorskich blokowisk. Sprawy skomplikowały się jednak, kiedy hip-hop trafił w czułe objęcia współczesnej popkultury, a raperzy zamiast nadymać się w tekstach zaczęli rozdymać budżety przeznaczone na klipy, sesje zdjęciowe i realizację płyt. Dziś lista ludzi biorących udział w nagraniu albumu jest często dłuższa niż pozdrowienia we wkładce, a międzygatunkowe kolaboracje stały się obowiązkiem dla mainstreamowych raperów grających na tych samych festiwalach co ich indie czy elektroniczni goście.
Taki też jest drugi krążek najładniej$zego MC drugiej dekady XXI wieku. Danger Mouse w$półprodukuje, M.I.A. $piewa, Rod Stewart użycza $ampla, a całości $maczku dodaje udział noname’owego ulicznego grajka, którego Rocky spotkał na londyńskiej ulicy. Wszystko się świetnie prezentuje na instagramowych fotkach, fest się czyta na Twitterze i klika pod każdą postacią, w jakiej trafia na ekran. Wszystko też brzmi bardzo zacnie, buja łbem i wpada w ucho. „Coś miłego” znajdą tu dla siebie i ortodoksyjni fani rapu, i co bardziej otwarci miłośnicy rocka, soulu czy popu. Wkurzony nastolatek doszuka się tu szowinizmu i wystarczającej liczby wulgaryzmów, żeby nie ominąć krążka szerokim łukiem, a rządcy radiowych programów spokojnie wyłowią coś równie melodyjnego jak cenzuralnego (lub niezrozumiałego). I tylko ta plama na twarzy Rakima Mayersa burzy czystą brudną estetykę całości.
Ta ingerencja w okładkę jest hołdem dla przedwcześnie zmarłego przyjaciela Rocky’ego, mentora całego Mobu i współproducenta płyty, A$AP Yamsa. To tragiczne wydarzenie sprzed kilku miesięcy wpłynęło też na sam wydźwięk albumu. Jego autor powiedział na nim parę rzeczy od siebie i choć deklarując w jednym z numerów: „Ok, let’s get past all this swag, trapping, and fashion talking”, rozmija się trochę z prawdą, to na „At.Long.Last.A$AP” po raz pierwszy z hajowego, rymowanego strumienia świadomości, w którym specjalizuje się nowojorczyk, da się wyłowić kilka bystrych spostrzeżeń. Bo kiedy kumple odchodzą, lata lecą, a dragi stają się coraz mocniejsze, nawet najbardziej butni znajdują w sobie krztynę pokory. Rap gra bowiem nigdy nie była zbyt przyjazna dla nikogo.
A$AP Rocky
„At Long.Last.A$AP”
Sony Music
3A!
MUZYKA

