Jak Kuba Bogu…
Przyglądając się temu, jak w naszym kraju zaczyna wyglądać polityka kulturalna, można mieć wątpliwości, czy w ogóle dojdzie do premiery nowego filmu belgijskiego reżysera Jaco van Dormaela. Ryzykowny jest już sam tytuł. Bo „Zupełnie Nowy Testament” to w istocie Biblia w wersji 2.0 – taka, w której miłosierdzie i sprawiedliwość Stwórcy zostaje zastąpiona przez złośliwość i cynizm.
W końcu codzienność Boga sprowadza się tu w dużej mierze do picia, palenia, oglądania meczów i uprzykrzania ludziom życia. Jeżeli kanapka spadnie na podłogę, to zawsze posmarowaną stroną, a gdy wybieramy w sklepie kolejkę do kasy, oczywiste jest, że ta druga pójdzie szybciej. To wszystko jego sprawka. Okazuje się również, że Jezus Chrystus (nazwany tutaj pieszczotliwie JC) nie jest jedynakiem, ma nastoletnią siostrę i to ona weźmie losy świata w swoje ręce. I bynajmniej nie wynika to z poczucia misji, a raczej ze zwykłego, charakterystycznego dla okresu dojrzewania buntu. Sarkastyczny ton reżysera dopelnia decyzja o obsadzeniu w roli Stwórcy Benoîta Poelvoorde’a.
Jak mówi sam Van Dormael: „prawdziwego specjalisty od czarnych charakterów”. „Zupełnie Nowy Testament” to prawdziwa gatunkowa hybryda. Bo to w równym stopniu czarna komedia, kino drogi, coming of age movie czy film o zemście. Obrazoburczy w założeniu, ale w wykonaniu już nieco mniej. Van Dormael nie liczy bowiem na ekskomunikę, ale po prostu na dobrą zabawą. I ją zapewnia. Widz zaśmiewa się do rozpuku do spółki z nim, Poelvoorde’em, Catherine Deneuve czy Yolande Moreau. Choć jest to ten rodzaj kina, którego odbiór warunkuje pewne słowo-klucz. A jest nim „dystans”. Ciekawe, czy mają go w Uzbekistanie, bo również temu krajowi van Dormael postanowił zagrać na nosie.

