„Czy czasami czujecie, że jesteście oszukiwani?” powiedział Johnny Rotten na swoim ostatnim ostatnim koncercie z Sex Pistols przed prawie 20-letnią przerwą.
Na koncercie Steel Panther oszukałem się trochę na własne życzenie. A może chciałem być oszukany? Do rzeczy: Wiedziałem od dawna, że spodziewam się występu grupy żerującej za nostalgią za hair-metalowym hedonizmem końca lat 80-tych. I niby wszystko było ok. Proxima wypełniona była po brzegi (nigdy nie spotkałem się z propozycją odsprzedania bilety w z zamian za dwa na inne koncerty). Gawędź ewidentnie czuła klimat – królowały bujne, natapirowane peruki i te gentry z H&M w barwach flagi amerykańskiej. No ale kaman, mimo ewidentnie prześmiewczego klimatu takich numerów jak #GloryHole czy „Just Like Tiger Woods” to fajnie by było posłuchać więcej muzyki niż przedłużonych na siłę gadek muzyków. Po kilku drinkach nawet zabawnie było słuchać monologów przepełnionych fuck’ami i łamaną polszczyzną, ale po kolejnym takowym, trwającym ponad 3 minuty wzrok mój skupił się na pobliskimi ekranie, wyświetlającym reklamę koncertu Frontside. A baaardzo zły znak. Nie sposób odmówić muzykom #SteelPanther instrumentalnego warsztatu i dobrych chęci. Ale ja liczyłem na rockowy koncert, a nie muzyczny kabaret.
