Zazwyczaj traktuję polski rap i hip-hop jako dwa, oddzielne byty. Popularność jednego wcale nie musi iść w parze z drugim, oglądalność klipów i sprzedaż płyt nie koniecznie wpływa na świadomość i znajomość korzeni, a posługiwanie się rymowanym medium ekspresji nie zawsze swoje podwaliny ma w czterech elementach nowojorskiej kultury podwórek.
Nie wydawało mi się więc, że nadwiślańskie miliony odsłon, tysiące sprzedanych płyt i tłumy na festiwalach, mogą mieć przełożenie na środowy koncert dwóch Kalifornijczyków.
Kiedy jednak wczoraj w 1500 przepychałem się przez morze ludzi, którzy swoim entuzjazmem i energią nakłonili Alchemista by po raz pierwszy w życiu rzucił się w tłum, uderzyło mnie zupełnie co innego – są w narodzie naszym niemierzone pokłady miłości i oddania. Jedni okazują ją raperom z trzema literami po ksywce, inni – zaoceanicznym weteranom, których płyt słuchają już od blisko dwóch dekad, każdemu po równo, każdemu podług gustów. Ręce w powietrzu, gremialnie skandowane refreny i rytmiczne klaskanie pod wersy nawinięte acapella.
Co nie dziwi bywalców krajowych koncertów, nie lada zaskoczeniem okazuje się za każdym razem dla samych występujących, którzy nigdzie na świcie nie mogą liczyć na taki odzew. Evidence i Alchemist – którzy dosłownie kilka dni temu wydali swój pierwszy wspólny krążek pod szyldem Step Brothers – nigdy nie stali w pierwszym szeregu amerykańskiej sceny, a dziś, w czasach popularności trapów i cloud rapów, jeszcze mocniej okopani zostali na swoich od lat okupowanych pozycjach; miejscu, które znajduje się gdzieś pomiędzy podziemiem a szerokim obiegiem, między ulicą a trueschoolem, w koronie drzewa wyrastającego z klasycznych wzorców 90sowej „złotej ery”; miejscu, które w sercach polskich hip-hopowców zajmuje wyjątkową przestrzeń. Wprost proporcjonalnie do nazwy klubu, jakieś 1500 osób, których krew tłoczona jest w takt boom-bapowych bębnów zjawiło się wczoraj na Powiślu by doprowadzać barmanów do szewskiej pasji, dziewczyny do omdlenia, a „przyrodnich braci” do zachwytu, który „nie przystoi” hardym, morowym MCs. Ludzie wisieli na biegnących pod sufitem rurach, poruszali się jednym, wspólnym ruchem rozbujanej masy i skandowali ksywki zaoceanicznych gości. Surowe, zbasowane produkcje Alchemista wprawiały salę w drżenie, pełne groove’u sample znajdowały swój oddźwięk w okrzykach i piskach, a „Mr. Slow Flow” i Big Boi Al co rusz podmieniali któreś słowo w swojej zwrotce by przy gremialnym odzewie publiki raz jeszcze zakrzyknąć WARSAW.
Na scenie nie było miejsca dla tańczących dziewcząt – o czym szybko przekonała się jedna ochotniczka, w klubie nie było miejsca na nic. Na scenie rządził pełnokrwisty, szczery hip-hop, w klubie radość wymieszana ze złością na organizatorów, którzy – po raz kolejny – przeszacowali ilość sprzedanych biletów. Ile bym jednak nie musiał stać w kolejce do baru, ile razy nie dostałbym z łokcia czy bara i ile razy nie musiałbym chronić swojej żony przed stratowaniem, dla takich koncertów jestem w stanie przejść przez to wszystko z uśmiechem na japie. Jak będzie kolejna okazja usłyszeć coś, co wzbudzi takie reakcje jak „You” nawinięte pod instrumental z „Full Clipa”, wydrzeć mordę przy pierwszych taktach beatu na miarę puszczonego w medley’u „Keep It Thoro” albo zobaczyć innego rapera/producenta, który z wypadkową zmieszania i radości wchodzi na scenę po swoim pierwszym crowdsurfingu, będę tam na pewno. I wejdę do środka nawet za cenę pragnienia, niedotlenienia i obrażeń ciała.
