#DanTorrance jest synem Jacka, bohatera „Lśnienia”. Czasami uda mu się podnieść z kolan, ale generalnie jego życie to pasmo porażek, znaczone pustymi butelkami, które wokół siebie pozostawia. Jedyna różnica między Danem a Jackiem jest taka, że #Dan jaśnieje (jeśli nie wiecie, co to oznacza, nie powinniście ruszać tej książki). #DoktorSen to powrót Stephena Kinga do jego najbardziej znanego dzieła (znanego też dzięki genialnej ekranizacji Kubricka, której King… nienawidzi). Wielu czytelników zastanawiało się, co stało się z małym Dannym po szokujących wydarzeniach w hotelu Panorama. Stało się to, że Danny stracił dwie litery z końca swojego imienia i stał się kopią ojca.
Historia w „Doktorze Śnie” wyrównuje siły świata pełnego lśnienia – niestety, żeby ograniczyć spoilery do zera, nie mogę napisać, o co chodzi. Wiedzcie tylko, że ci, którzy jaśnieją, okażą się dla kogoś łakomym kąskiem. #DoktorSen to jedna z tych powieści, które jako kontynuacje automatycznie tracą na wartości. Nie można odmówić Królowi świetnego pióra i tego, że napisał interesującą historię, ale przez cały czas miałem poczucie, że czegoś tu brakuje – a brakowało wyłącznie tego uczucia, które towarzyszyło mi podczas czytania pierwszej części książki.
Jako samodzielna powieść „Doktor Sen” byłby jedną z wielu książek, które idealnie pasują do Kinga – czyta się ją szybko i przyjemnie, ale nic z niej nie zostaje. Jako kontynuację czyta się ją szybko i przyjemnie, ale zostaje irytacja. Irytujemy się, bo nie jest to wystarczająco dobry dalszy ciąg „Lśnienia”. #King przy swoim taśmowym pisaniu jakimś cudem nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, ale jednocześnie nie jest w stanie wrócić do tych czasów, gdy można mu było bez zastanowienia dać maksymalną ocenę.
