Maryla Rodowicz od ponad pięciu dekad jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiej sceny muzycznej. Właśnie nagrała nową płytę i wróciła z projektem MTV Unplugged, nagranym z młodymi artystami, który przyciągnął nową publiczność i nadał jej repertuarowi świeże brzmienie. Równolegle koncertuje niemal bez przerwy, w Polsce i za granicą, a jej kalendarz, jak sama mówi, przypomina „rozpiskę grozy”.
Katarzyna Straszewicz: Co pani czuje przez te pierwsze kilka sekund, kiedy wychodzi do publiczności?
Maryla Rodowicz: Nie myślę o tym, że jest przede mną tłum ludzi. Staram się ich zagarnąć swoją energią, wciągnąć w mój świat.
Ale nie ma w tym już tremy?
Jest. Coraz większa.
Jak ją pani opanowuje?
Po paru utworach mija. Najważniejsza jest koncentracja. Poza tym mam zasadę, że muszę być w garderobie cztery godziny przed koncertem. Zabieram pięć–sześć kostiumów i przebieram się, przebieram, to mnie uspokaja, a potem jeszcze przez trzy godziny rozśpiewuję się z gitarą.
Zdarza się pani wybrać kogoś z widowni i śpiewać do tej osoby?
Nie. Zawsze patrzę ponad głowami, w światło. Nie rozumiem wykonawców, którzy wychodzą na scenę, machają do ludzi, grają, patrząc na kogoś, widzą szczegóły. Gdybym zaczęła analizować, co ta osoba robi, jak reaguje, kompletnie
by mnie to zdekoncentrowało.
I to działa?
Kiedy widzę i słyszę reakcję publiczności, wiem, że będzie dobrze. Na moje koncerty przychodzi dużo młodych ludzi i to właśnie oni stoją przez cały koncert, śpiewają, tańczą i podrywają resztę.
Czy ktoś inny mógłby zrobić coś takiego – nagrać płytę z młodymi artystami?
Teraz wszyscy nagrywają duety, więc tego jest bardzo dużo na rynku, ale na ogół młodzi z młodymi.
Ta płyta jest wyjątkowo dopracowana wizualnie, scenografia „Gejszy” jest iście filmowa.
To prawda. Co ciekawe, przez wiele lat nie chciałam grać tej piosenki. Muzycy mnie prosili: „Szefowa, grajmy Gejszę”, a ja kręciłam nosem.
Co panią przekonało?
Ten koncert MTV Unplugged. Reakcja publiczności. Zrozumiałam, że to się podoba. Proszę spojrzeć – to jest mój grafik koncertowy na najbliższe miesiące.
Bardzo napięty. Widzę Edynburg…
Edynburg za miesiąc, a wcześniej Wilno, Bielsko…
I Londyn.
Londyn też.
Nie myślała pani, żeby dać sobie chwilę odpocząć?
Odpoczywam w tak zwanym międzyczasie.
To wymaga dyscypliny?
Ogromnej, ale takie jest życie.
Prowadząc takie nomadyczne życie, nie tęskni pani za wygodą?
Wypieram to. Nie myślę o tym. Jestem skoncentrowana na tym, co mnie czeka na scenie.
Czyli może się pani przebrać wszędzie?
Jestem skoncentrowana wyłącznie na zadaniu: wyjść, porwać publiczność, dobrze zaśpiewać.
Po tych wszystkich latach coś się zmieniło w podejściu do pracy?
Jestem bardziej odpowiedzialna niż wtedy, kiedy zaczynałam karierę.
Zabieram pięć-sześć kostiumów i przebieram się, przebieram, to mnie uspokaja…
Czy ktoś, kto tak dużo koncertuje, może mieć normalny dom?
Przez wiele lat mieszkałam w wynajmowanych mieszkaniach. Teraz, kiedy mam prawdziwy dom, na ogół po koncercie wracam do niego, żeby spać w swoim łóżku, nawet jeżeli to jest 600 kilometrów. Czasem dojeżdżam nad ranem, ale jestem. To jest dla mnie ważne.
I te trasy pokonuje pani sama?
No nie, z kierowcą.
Jest pani wielką fanką Porsche?
Ogromną. Zwłaszcza Porsche 911. I uważam, że ono musi być czerwone. Nie uznaję innych kolorów, tak jak z Ferrari – liczy się tylko czerwone. Teraz sporo tych Porszaków się pojawiło, zwykle jeżdżą nimi mężczyźni, ale nie kupują czerwonego. Pewnie nie chcą zwracać uwagi.
Kiedy pierwsze Porsche pojawiło się w pani życiu?
Zobaczyłam w gazecie zdjęcie Sobiesława Zasady w czerwonym Porsche i poczułam, że muszę je mieć. Zasada imponował mi, jako kierowca. Na początku lat 70. grałam koncert w Berlinie Zachodnim i dostałam wysokie honorarium. Nie tak wysokie, żeby starczyło na Porsche, ale vis-à-vis hotelu był salon używanych samochodów i na wystawie zobaczyłam kabriolet Porsche. Co prawda, nie czerwony, tylko zielony, i nie 911, tylko 914, ale i tak nie dawał mi spokoju.
Kupiła pani?
Tego samego dnia spotkałam w hotelu bułgarskiego menedżera, którego pamiętałam z różnych festiwali, i opowiedziałam mu, co wypatrzyłam. Zapytał, ile mi brakuje. Brakowało połowy. Powiedział: „To ja ci pożyczę, oddasz, jak będziesz miała”. Tak stałam się właścicielką pierwszego Porsche. Od razu wsiadłam do niego z moim pianistą i pojechaliśmy do NRD na kolejne koncerty. Tyle że sprzedali mi mocno zrujnowany samochód – miał przekoszoną ramę.
To mogło być niebezpieczne.
Bardzo. Na niemieckich autostradach, przy około 200 km/h, samochód wpadał w drgania i jechał bokiem. Wypadek na Mazurach zakończył jego żywot. Później, po paru latach, w końcu stałam się szczęśliwą właścicielką czerwonego Porsche 911. To, że miał silnik do remontu, nie miało znaczenia. Pojechałam nim do Krakowa. Był rok 77. Noc, ulewa, a ja bałam się depnąć, tak mu tyłek uciekał. Trwały próby do musicalu „Szalona lokomotywa” w Teatrze Stu. Grałam z Markiem Grechutą, reżyserował Krzysztof Jasiński, w którym od razu się zakochałam. Genialny wizjoner i piękny mężczyzna. Mam z nim dwoje dzieci: Jaśka i Kasię.
A Porsche ma pani nadal?
No nie, jeździłam nim dwa lata, ale byłam szczęśliwa nawet w nim siedząc, słuchając dźwięku silnika.
Żałuje pani jakichś prywatnych wyborów?
Spotykałam na swojej drodze różnych ludzi. Zakochiwałam się w nietuzinkowych mężczyznach.
Patrzy pani do przodu?
Do przodu myślę głównie o tym, żeby zarobić na rachunki za gaz i żeby nagrać nową płytę. Staram się nadmiernie nie analizować przeszłości.
Czy to pomaga w kontaktach z młodymi?
Ja się bardzo dobrze czuję w towarzystwie młodych ludzi. W ogóle nie czuję różnicy wieku. Może jestem infantylna.
Ma pani stałe grono przyjaciół?
Dwa razy w roku robię kolację dla dwunastu osób, tyle mam krzeseł przy stole. To są zasiadane kolacje. Podstawą jest stały skład sąsiadów. Plus goście, których chcę ugościć.
Za co ich pani tak lubi?
Za poczucie humoru, poza tym znamy się wiele lat.
Ma pani takie momenty, że wszyscy mówią, że było świetnie, a pani wie, że nie było?
Rozumiem, że nie chodzi o moje kolacyjki. Wiem, gdzie zrobiłam błędy, nawet jeżeli moi fani uważają inaczej. Jestem bardzo krytyczna wobec siebie.
A co w pracy muzyka jest najtrudniejsze?
Utrzymanie składu muzyków. Lubię grać w stałym składzie, bo tylko wtedy ludzie wiedzą, czego od nich oczekuję, jaki klimat w utworze chcę uzyskać. Nowy muzyk na dzień dobry musi poznać plus minus czterdzieści utworów. W trakcie pracy poznaje kolejnych czterdzieści. Repertuar mam szeroki i lubię co jakiś czas dodawać nowe utwory, zmieniać program koncertowy.
Mało jest w Polsce naprawdę dobrych muzyków?
Ojej, bardzo dużo. Zwłaszcza młodych.
A skąd się wziął pomysł, żeby skrzyknąć młodych artystów i zrobić MTV Unplugged?
Moi nowi menedżerowie mi to zasugerowali. To oni kontaktowali się z MTV i dopracowywali szczegóły przez ostatnie dwa lata.
Mnie się wydaje, że jestem ubrana normalnie.
Ciężko to było zrobić na tak wysokim poziomie?
O poziom muzyczny zadbał Bartek Królik, gorące nazwisko w branży. Jedyny problem miałam z ilością prób, tak się złożyło, że wcześniej zagrałam trzy duże, dwugodzinne koncerty – w piątek, sobotę, niedzielę, a w poniedziałek, wtorek i środę robiliśmy próby do MTV. Codziennie, po parę godzin. Mój wokal był, że tak powiem, zrypany, ale musiałam dać radę.
Miała pani kiedyś tak, że wyszła pani na scenę i głos odmówił posłuszeństwa?
Całkiem niedawno, w Bielsku-Białej. Obudziłam się z bólem gardła, wiedziałam, że nie jest dobrze. Miałam nadzieję, że to rozejdzie się po kościach, ale nie rozeszło. W połowie koncertu poczułam, że nie dam rady. Wyszeptałam: „przepraszam, nie mogę śpiewać”. Ludzie zrobili mi owację na stojąco. To było wzruszające. Za chwilę zagram w Bielsku ponownie, żeby przeprosić publiczność. I zagrać dla nich koncert na poziomie.
Jaka część pani pracy jest najbardziej niedoceniana?
Od końca lat dziewięćdziesiątych nagrywam regularnie płyty. Potem, w latach dwutysięcznych, co dwa, trzy lata wydawałam kolejne. Były niestety kompletnie niezauważone przez Fryderyki. Uważałam, że niesłusznie. W 2008 roku chcieli mi dać Złotego Fryderyka za całokształt. Odmówiłam. Powiedziałam, że nie mam jeszcze całokształtu. Że on się tworzy.
Dlaczego tak było? Zazdrość?
Myślę, że to gremium nawet tych płyt nie słuchało, a były to płyty produkowane przez najlepszych producentów, takich jak Andrzej Smolik, Krzysztof Herdzin, Marcin Bors. Można było przynajmniej nominować producentów albo Kasię Nosowską za teksty.
Zdarza się pani wyjść na scenę bez ochoty, z przymusu?
O nie. Jak spojrzę na tę rozpiskę najbliższych koncertów, to już się cieszę.
Jest pani bardzo znana z niesamowitych kreacji scenicznych.
Szyją się kolejne.
Pomysły przychodzą same czy polega pani na podpowiedziach?
Projektanci zwykle starają się narzucić mi swój sposób myślenia, zazwyczaj więc spotykamy się w pół drogi. Od dwóch lat mam bardzo młodego projektanta – zabawne, że nazywa się tak jak mój starszy syn Kuba Jasiński, a przyjaciele mówią na niego Jasiek. Rok temu, robił mi piękny, różowy garnitur na sylwestra. Śpiewałam w nim duet z Roxie Węgiel „Damą być”. To był przepięknie dopasowany żakiet z dużymi ramionami, cały wysadzany kryształkami.
A gdzie szuka pani modowych inspiracji?
W internecie. Nawet dzisiaj w nocy oglądałam pokazy takich marek jak Dolce & Gabbana czy Armani. Szukam inspiracji.
Które jeszcze marki pani ceni?
Jean Paul Gaultier i Alexander McQueen, za te ich niesamowite, widowiskowe kreacje.
W czym pani czuje się najlepiej?
W wielkich, barokowych spódnicach. Musi też być spektakularny materiał. Ja po prostu uwielbiam jedwab. Mogłabym pracować w sklepie z jedwabiem, uwielbiam dotyk jedwabiu.
Pani nakrycia głowy są pani znakiem firmowym.
Do tego różowego garnituru Kuba Jasiński zrobił ogromny kapelusz. Był tak ciężki, że zjeżdżał do tyłu. Mówię: „Kuba, zrób coś”, a on spanikowany podwiązał mi go żyłką, która wbijała mi się w gardło, ale dałam radę.
Ofiara mody?
Oj, tak. Ja dla kreacji mogę poświęcić bardzo dużo. Może być niewygodnie, ale ma być efektownie. Będę cierpieć, ale wyjdę. A ten kapelusz i tak zjechał do tyłu, przez co stworzył wokół twarzy niesamowitą aureolę. Wszyscy się zachwycali.
Kupuje pani czasem ubrania w sklepach?
Czasem lubię się powłóczyć po sklepach. Na pewno po koncertach w Londynie przebiegnę się do ulubionych sklepów.
Artystyczna dusza?
Może dlatego, że moja mama projektowała wnętrza i malowała obrazy.
A pani?
Zdawałam na ASP, ale się nie dostałam. Dwa razy. W końcu wylądowałam na AWF-ie, choć wcześniej była jeszcze szkoła muzyczna. Przez jakiś czas próbowałam robić to jednocześnie: po treningu lekkoatletycznym na stadionie szłam na lekcje skrzypiec. I mój profesor mówił: „Oho, chyba był trening”, bo drżała mi ręka.
Żałuje pani, że nie poszła w kierunku sportowym?
W gimnazjum miałam nieustające dwóje z matematyki i w końcu szkoła zabroniła mi trenować. Tak skończyła się moja sportowa kariera.
Mata i Quebo umówili się ze mną na tenisa, ale Mata nie przyszedł, a Quebo spóźnił się dwie godziny.
Wtedy zaczęła się pani miłość do tenisa?
Trochę później.
A kiedy to marzenie się zmaterializowało?
Na wczasach z Orbisem, w Bułgarii. Zobaczyłam pięknego trenera na kortach, miał na imię Peter. Zapisałam się do niego na lekcje. Miał jedyny wolny termin tylko od trzynastej do piętnastej, w największym słońcu, ale przychodziłam codziennie. Trenowałam dwie godziny i przez dwa tygodnie schudłam siedem kilo.
Ciekawych ludzi poznaje się przez tenisa?
Zawsze grałam z trenerem, aż do zerwania mięśnia w kolanie – najpierw w prawym, potem w lewym. Skończyło się operacją kolana. Przed nią byłam w takim amoku tenisowym, że grałam od poniedziałku do piątku, po dwie godziny dziennie.
To dość obciążające.
Dlatego w końcu wysiadły mi te kolana.
Czy miała pani taki moment, że chciała to rzucić? Nie tenis, tylko muzykę?
Rzucić muzykę? No skąd. To moja miłość.
A w domu pani śpiewa czy słucha muzyki?
Słucham wszystkich nowości. Nucę sobie non stop. Budzę się z jakąś melodią. Jestem pod prysznicem – śpiewam. Moje koty mają ze mną wesoło.
Czy pieniądze i dobra materialne są dziś ważniejsze niż kiedyś?
Pieniądze dobrze mieć, a dobra materialne? Dla mnie ważny jest samochód, żeby móc się poruszać po mieście.
A kto dziś potrafi panią wkurzyć?
Staram się nie otaczać ludźmi, którzy mogą mnie wkurzyć.
Nigdy nie ma pani dosyć własnego wizerunku?
Na co dzień ubieram się dość normalnie. To znaczy mnie się wydaje, że jestem ubrana normalnie, choć lubię ubrania z charakterem.
Odniosła pani ogromny sukces. Oszołomił panią?
Popularność przyszła z czasem i rosła, rosła, aż do chwili obecnej. Jest naprawdę duża. Do dziś nawet dzieci mnie rozpoznają.
Naprawdę poznają?
Niedawno stałam z Matą na ulicy, przechodziły licealistki i podeszły po autograf do mnie. On mówi: „A czemu nie do mnie?”.
To musiało być zabawne.
Mata będzie grał w maju na Stadionie Narodowym i bardzo się z tego cieszę. Będę jego gościem. Od pierwszych jego produkcji jestem jego fanką. To fajny gość. Tak mnie wzruszały jego teksty, że sześć lat temu zdobyłam jego numer i napisałam do niego. Długo nie odpisywał. W końcu po paru miesiącach korespondencji Mata i Quebo umówili się ze mną na tenisa, ale Mata nie przyszedł, a Quebo spóźnił się dwie godziny. Dzwonię, a on mówi spokojnie: „Ale ja dopiero wyjechałem z Ciechanowa”.
Może zapomniał?
Może zapomniał. Ja wszystkie terminy mam w swoim pięknym, czerwonym notesie, który dostałam w prezencie od młodszego syna, Jędrka.
Co powiedziałaby pani młodszej sobie dzisiaj?
Żeby robiła to, co jej serce dyktuje, żadnego moralizowania.
Dzisiejsi młodzi artyści są inni?
Jak oglądam te wszystkie formaty i konkursy, widzę ludzi, którzy mają szesnaście, siedemnaście lat i wiedzą, czego chcą. Są bardzo dojrzali. Ja chyba taka nie byłam. No i nie było wtedy takich możliwości.
A pani początek?
Ludzie mojego pokroju nie wiedzieli, jak się poruszać i gdzie mogą się pokazać, nie było tylu konkursów. Wystartowałam jako studentka drugiego roku na Festiwalu Piosenkarzy Studenckich w Krakowie, który wygrałam. Marek Grechuta był wtedy drugi, niesprawiedliwie, uważałam, że to on powinien wygrać. Potem zostałam zaproszona do Opola, zaczynałam też od koncertu amatorów debiutantów o szesnastej w pełnym słońcu, a ta scena w Opolu jest tak wybudowana, że jak słońce zachodzi, to świeci prosto na nią. Teraz jest elegancko, jest dach nad widownią.
Tymczasem pani, jak śpiewa, patrzy prosto w światło…
Robię to, co robiła Ewa Demarczyk. Ona też patrzyła w światło, żeby się nie zdekoncentrować. Zresztą nie wiem, nigdy jej nie pytałam. Dla mnie była wzorem, genialną wokalistką. To wymaga ogromnej pracy, bo talent i warunki głosowe to dopiero początek. Dobrze, że teraz młodzi ludzie to rozumieją.
Zdjęcia Piotr Porębski
Koncepcja i realizacja Ewa Dziduch-Piasecka i Gabriela Opiela
Włosy Patryk Domański
Makijaż Kamila Wiedeńska
Stylizacja Anna Zeman








