„Pomiędzy słowami”, najnowszy film Urszuli Antoniak, zanim pojawił się na licznych polskich i światowych festiwalach, zadebiutował na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto. Opowiada historię Michaela (Jakub Gierszał), polskiego emigranta mieszkającego w Niemczech, który za wszelką cenę chce zasymilować się ze środowiskiem. Jego świat wywraca się do góry nogami po przyjeździe dawno niewidzianego ojca. O odkrywaniu siebie, ukrytych znaczeniach i życiu na emigracji rozmawiamy z reżyserką.
Michał Kaczoń: „Pomiędzy słowami” jest obrazem opowiadającym o tworzeniu własnej tożsamości, czyli o kwestii, która przewija się także w innych twoich filmach. Co zainspirowało cię do zajęcia się tą właśnie historią?
Urszula Antoniak: Zaczęło się od pewnego spotkania. Poznałam w Amsterdamie bilingwalnego Polaka, prawnika. Nikt nie przypuszczał, że może być kimś innym niż Holendrem. Po mnie słychać, że jestem przyjezdna, mam akcent. On wręcz przeciwnie. Raz, gdy byliśmy w towarzystwie i on nagle przeskoczył na polski, aby mi coś wyjaśnić, wszyscy wokół zdębieli. Trudno opisać tę reakcję, była bardzo dziwna. Tak jak w „Inwazji porywaczy ciał”, gdy nagle „wujek Ira nie jest wujkiem Ira”. To właśnie ta reakcja zainspirowała mnie do przyjrzenia się temu fenomenowi. Gdy drugi raz decydowałam się zabrać do tego projektu (pierwszy, w 2007 roku, nie doszedł do skutku z braku funduszy), wiedziałam, że aktor, który wcieli się w głównego bohatera, musi być perfekcyjnie dwujęzyczny. Jakub Gierszał jest właśnie takim aktorem – zna perfekcyjnie polski i niemiecki. Powiedziałam mu na wczesnym etapie: „Bez ciebie nie ma tego filmu. Bierzesz to czy nie?”. Zgodził się, za co jestem mu niezwykle wdzięczna. Uwielbiam oglądać go na dużym ekranie – obok niezwykłej mimiki ma też wyjątkowy timing ruchów, gestykulacji, który jest nie do podrobienia. Jest w tym jakiś rytm, taniec, fajnie się na niego patrzy. Jest perfekcyjnie wyważony w tym, co robi.
Na początku filmu padają dwa ważne zdania: „Kraj, w którym naprawdę chciałbym mieszkać, to Dzieciństwo”, a chwilę potem: „Kiedy mówisz po polsku, jesteś jak mały chłopiec”. Jak rozumiesz te cytaty w kontekście opowieści o zmianie życia bohatera pod wpływem niespodziewanego przyjazdu ojca? Dlaczego były dla ciebie tak ważne?
Te słowa stanowią lwią część przesłania filmu. Pierwsze zdanie pada z ust uchodźcy z Afryki, z którym rozmawia bohater. Mężczyzna zdradza w ten sposób, że zna świat, w którym czuje się w pełni sobą, w którym wszyscy go kochają – to właśnie kraj jego szczęśliwego dzieciństwa. To wyraźny kontrast ze światem naszego bohatera – chłopaka, który nie zaznał za młodu czułości, został opuszczony przez ojca i jako dorosły wyjechał na Zachód, aby nie tyle odkryć siebie, ile zbudować się na nowo, na własnych zasadach. Jest takie powiedzenie: „Gdy nie byłeś kochany w dzieciństwie, jako dorosły chcesz, aby kochał cię cały świat”. Tak dzieje się z naszym bohaterem. Uważa, że może zapracować na miłość. Gdy będzie dobrze pracować, ludzie będą go szanowali, mieli go na uwadze. Piękna nadzieja. Dlatego kiedy znienacka w jego życiu pojawia się ojciec, z którym w zasadzie nigdy nie miał kontaktu, to spotkanie jest przełomowe. Zmienia sposób, w który postrzegają go inni, ale też sposób, w jaki postrzega sam siebie. Właśnie dlatego szef mówi mu, że zachowuje się jak mały chłopiec. Michael nagle staje się zwykłym emigrantem. W oczach szefa upada respekt i niemal boski, aryjski etos, który go dotychczas otaczał. To zdanie uderza też we wrażliwą strunę i budzi problemy młodości. Okazuje się bowiem, że „biedny uchodźca” może mieć lepsze życie niż nasz „ustawiony” bohater, gdyż udało mu się zaznać miłości.
Dlaczego zależało ci, aby katalizatorem zmian był właśnie ojciec, a nie matka?
Z matką byłby zupełnie inny film. W zasadzie tego filmu w obecnym kształcie by nie było.
Dlaczego więc było tak ważne, że jest to dwóch mężczyzn?
Dla mnie jako kobiety męsko-męskie relacje są po prostu fascynujące. Chciałam przyjrzeć się ich dynamice. Mam poczucie, że w dzisiejszych czasach chłopców wychowują kobiety i potem ci młodzi mężczyźni mają kobiecą wrażliwość. Zastanawiałam się, jak chłopak, który wychowywał się bez ojca, zareaguje na nagłe pojawienie się tego mężczyzny z powrotem w jego życiu. Czy w ogóle będzie mu jeszcze potrzebny w sytuacji, gdy sam zbudował się na własnym, zastępczym modelu męskości? Moim zdaniem najważniejsza rzecz, którą może dać ojciec, to możliwość zobaczenia samego siebie w twarzy innego człowieka. Dla mnie to piękna definicja miłości – gdy możemy dostrzec w drugiej osobie samego siebie. Dlatego chciałam zbadać w szczególności właśnie tę relację. Postawić bohatera przed pytaniem, które zadaje sobie każdy self-made man, człowiek, który sam jest kowalem swojego losu: czy rzeczywiście stworzyłem się sam, czy mimo wszystko posiadam jakieś cechy moich rodziców?
Dlaczego uznałaś, że właśnie Berlin będzie idealnym miejscem na eksplorację tych rozważań?
Umiejscowienie akcji w Berlinie ma drugorzędne znaczenie dla fabuły – akcja mogła dziać się w dowolnej metropolii. Wydaje mi się, że każdy emigrant, który przenosi się do nowego kraju, chce osiągnąć jedną z dwóch rzeczy – albo wejść całkowicie w nowe środowisko, całkowicie się zasymilować, albo rozmyć się, w każdej sytuacji tworzyć swoją tożsamość na nowo. Pozować na Niemca, kiedy to jest wygodne, a mówić po polsku w innych momentach. Sam Berlin jest oczywiście bardzo niemiecki, ale z drugiej strony każdy mówi tu innym językiem. Nasz bohater uważa natomiast bycie Niemcem za awans społeczny. Będąc postrzegany jako Niemiec, przekracza Rubikon statusu społecznego.
Porozmawiajmy o kwestii definiowania kogoś poprzez kraj pochodzenia czy język, którym się posługuje. Żyjemy przecież w czasach pełnej globalizacji, dlaczego te kwestie są dla nas wciąż tak ważne?
No właśnie. Ja też tego w pełni nie rozumiem. A to jest kwestia, z którą boryka się każdy emigrant. Emigracja wydaje się pewnym stanem egzystencjalnym, związanym z konkretnymi przemyśleniami. Ja na przykład wewnętrznie jestem niezmienna, wiem, kim jestem, jak się zachowuję, skąd pochodzę i jakie znam języki. Śmieję się, że mam w sobie kraj, którego jestem jedynym obywatelem. Kiedy jednak czytam wywiady ze sobą, zaskakuje mnie mnogość określeń, którymi się mnie opisuje: „Polka-Holenderka”, „multikulturystka”, „polska reżyserka mieszkająca w Holandii”. To zawsze ja, ale świat postrzega mnie z różnych perspektyw. Gdybym miała się określać wedle tych łatek, codziennie dostawałabym chyba zawrotów głowy. To, jak ja określam sama siebie, jest dla mnie ważniejsze niż to, jak określają mnie inni. Zwłaszcza że to określenie przez innych bywa często krzywdzące, marginalizujące, stereotypowe.
Wróćmy jednak do samego filmu. „Pomiędzy słowami” ma wyraźny styl wizualny. Mamy czerń i biel, ale i pewną symetrię, którą widać w większości kadrów. Co kierowało takimi wyborami artystycznymi?
Z czernią i bielą wiąże się zabawna historia. Kiedy z operatorem Lennertem Hillege zastanawialiśmy się nad paletą kolorystyczną, stwierdziliśmy, że prześpimy się z tematem i następnego dnia na trzy-cztery powiemy, jak to widzimy. Oboje krzyknęliśmy: „czarno-biały!”. Wydało nam się to wyjątkowo na miejscu przy tej opowieści. O ile tożsamość ma wiele odcieni szarości, o tyle bycie kochanym versus nieznanie miłości jest już czarno-białe. Czerń i biel pozwalają też uwypuklić kontrast między dwoma emigrantami, których oglądamy w filmie – tym zasymilowanym, ukrywającym się pod łatką „Niemca”, i tym, który ukryć się nie może – ciemnoskórym uchodźcą z Afryki. Chciałam, by ten film przypominał nieco western. Dwóch mężczyzn o różnych poglądach naprzeciwko siebie. Bohater dobry i zły. Czarny i biały. Michael spotyka innych mężczyzn, którzy mają odmienne zdanie od niego, i wchodzą ze sobą w słowne potyczki, aby sprawdzić, czyja postawa wygra. Symetryczna budowa kadru oraz czerń i biel miały tylko podkreślać te kontrasty. Zdecydowaliśmy się na tę paletę z wielu względów, z czego ekonomiczny był ostatnim, który braliśmy pod uwagę. Jak mawiał Philippe Garrel: „Jak masz mały budżet, kręć w monochromie, bo wszystko wygląda lepiej w czerni i bieli” (śmiech). Coś dzieje się z uwagą widza, gdy ogląda filmy w takiej kolorystyce. Historia nabiera większego uniwersalizmu, ale pozwala też widzowi skupić się bardziej na przedstawionych ideach niż na doczesności pokazanego świata. Czerń i biel są jednocześnie sensualne i abstrakcyjne.
Rozmawiał: Michał Kaczoń





