22 skaczemy – recenzja “22 Jump Street”

Ach ten Aktivist. Otwieracie nasz magazyn, aby poczytać o filmach, a tam skandynawskie dramaty o kazirodztwie, filmy kręcone przez 12 lat i takie, gdzie ludzie chodzą w wielkich maskach.

Potem wchodzicie na naszą stronę – czyli do mojego królestwa i możecie zobaczyć szczupłą gębę Jonah Hilla i przeczytać, co sądzę o najnowszej komedii, w której się pojawił. “22 Jump Street” trafiło do kin już jakiś czas temu, ale przez długi czas wzbraniałem się przed sprawdzeniem tego filmu. Dlaczego? A znacie sequele świetnych komedii, które byłyby chociaż w zbliżonym stopniu tak samo zabawne jak oryginały? Są wyjątki jak “Zakonnica w przebraniu” czy “Ghostbusters”, ale 99% komediowych drugich strzałów było tak żenujących, że pierwsze części traciły często przez nie na uroku (vide. “Hangover”)

Dlatego gdy usiadłem z moją lubą w całkowicie pustym krakowskim kinie byłem przekonany, że ten sam reżyser, który potwierdził w moich oczach, że Channing Tatum jest fajnym gościem – spowoduje, że znów go znielubię.

Na szczęście twórcy Lord i Miller wiedzieli dokładnie czym ma być ten film i nigdy nie stracili obranego przez siebie celu z oczu. “22 Jump Street” ani przez sekundę nie stara się być realistyczną komedią akcji, żarty są rzucane w takim tempie, że trudno reagować na wszystkie i nawet sceny akcji są tak surrealistycznie przygotowane, że wiemy iż oglądamy bardziej marzenie 12-latków niż białych “Bad Boysów”. Najważniejsza jednak w tym tytule jest samoświadomość – przez cały okres trwania filmu, bezustannie scenarzyści przypominają nam, że i tak to jest tylko gorsza wersja oryginału i nie powinniśmy się nim przejmować – zresztą robią to w niezbyt subtelny sposób. Tak samo gdy mówią o budżecie agencji (filmu), który wydano na głupawe efekty co powoduje, że nie można niszczyć już więcej rzeczy na ekranie (w trakcie akcji). Komentarz bohaterów filmu na temat wydarzeń, w których biorą udział jest oczywistą rozmowę z widzem, studiem czy reżyserem na temat tego, co mają robić.

“22 Jump Street” jest bliskie też “Nagiej Broni” przy ilości slapstickowych gagów, nierealnych nawet jak na ten film sytuacji (gdy Hill w końcu ściga poszukiwanego przez niego dilera…) i tych ciągłych uśmiechów do odbiorców.

Jeśli powiem, że jest to jeden z najlepszych filmów tego roku – nikt nie będzie zadowolony. Bo to tylko głupia komedia, niestety często tak jest, że nawet gdy bardzo się staramy głupia, popowa papka okazuje się lepsza w swojej kategorii “rozrywki” niż 3 godziny projekt artystyczny w świecie sztuki.

Dodaj komentarz

-->