Debiutancką książkę Grzegorza Uzdańskiego sponsoruje cyfra dwa. Są tu dwie kobiety, bliskie sobie więzami pokrewieństwa, ale odległe mentalnie, gdyż reprezentują dwa różne pokolenia. Są również zastosowane dwa rodzaje narracji – gonitwę myśli głównych bohaterek poznajemy na przemian w postaci strumienia świadomości oraz jesteśmy wrzucani w wymianę zdań między nimi bez żadnych narracyjnych wtrętów i ingerencji.
Marta jest ustatkowaną, zachowawczą nauczycielką w średnim wieku. Jej córka Justyna to zaś zblazowana, postępowa, a przy tym zagubiona studentka, typowy millenials. Obie w tytułowe wakacje opuszczają Warszawę i udają się na Kujawy, na głęboką prowincję, by poznać skomplikowaną, polsko-żydowsko-niemiecką rodzinną przeszłość, o której mają mgliste pojęcie, podobnie jak o rzeczywistości poza stolicą Polski. Na tygodniową podróż zabierają ze sobą bagaż uprzedzeń, obsesji i wzajemnych pretensji, co akurat nie przyda się w zgłębianiu genealogicznych i historycznych zawiłości. W obliczu licznych nieporozumień trudno im będzie nawiązać kontakt między sobą, a jeszcze trudniej z lokalsami, którzy jawią się kobietom jako wroga, mściwa oraz rasistowsko i ksenofobicznie usposobiona masa. Na dodatek Marta, mimo desperackich prób, nie może połączyć się z internetem, co jak wiadomo, dla młodego pokolenia może być prawdziwym dramatem, absorbującym bardziej niż przeszłość wszystkich rodzin tego świata.
„Wakacje”, choć udają powieść drogi i wpisują się w wielokrotnie eksploatowany nurt literatury rozliczeniowej, tak naprawdę są pastiszem.
Mimo uderzania w poważne tony, psychologizowania i przewijających się publicystycznych wątków, cała podróż nie prowadzi właściwie do niczego, poza rezygnacją i bezradnością. Już po kilku dniach obie bohaterki będą chciały jak najszybciej wrócić do swojego bezpiecznego świata i zapomnieć o całej wyprawie. W ten przewrotny sposób autor pokazuje, że mimo idealistycznych wizji i wytężania woli, proza życia i przyzwyczajenia szybko o sobie przypominają.
Ogólna wymowa książki wydaje się interesująca, gorzej jednak z samą jej zawartością. Uzdański oprócz tego, że jest nauczycielem w gimnazjum i doktorem filozofii, prowadzi na Facebooku popularny fanpage „Nowe wiersze sławnych poetów”. W „Wakacjach”, podobnie jak w swoich internetowych zabawach z poezją, wspiera się na klasykach i oddaje żywiołowi pastiszu oraz trawestacji. Na dłuższą metę jednak igranie z formą – niezbyt tutaj zresztą spektakularne – jest nużące. Strumień świadomości to ciekawy zabieg literacki, fundujący wiele ważnych XX-wiecznych powieści, ale dziś zapełnianie nim połowy książki nie wydaje się najlepszym pomysłem. Co więcej, niżej podpisany, mimo wrodzonej słabości do żartów i groteski, podczas lektury nie zaśmiał się ani razu, choć być może wynika to z tego, że sam dawno nie był na wakacjach. Humor powinien być jednym z kluczowych elementów w tego rodzaju pozycjach, a tu dostrzec można jedynie jego znamiona. Uzdański jest niewątpliwie erudytą o dużym talencie do eksploatowania form, chętnie bym jednak przeczytał coś naprawdę jego, nie zaś mocno przesianego przez sita literackich konwencji i naczelnych tematów.

