Odsłuch: Zbiok

„Zabawny, pełen inwencji, nawiązujący do klasycznego stylu graffiti, Ferdynand Léger współczesności” – pisał o nim swego czasu krytyk sztuki ulicznej Tristan Manco. Sławek „Zbiok” Czajkowski to związany z wrocławskim środowiskiem streetartowym malarz i miejski aktywista. Podobnie jak jego sztuka, muzyka, której słucha, trzyma się z daleka od podziałów i utartych kategoryzacji. Obojętnie, czy tworzy murale, czy działa we współtworzonym z Karoliną Zajączkowską artystycznym kolektywie Dwa Zeta, pozostaje blisko miejskiego bruku. A to przecież z niego wyrasta industrial, hip-hop czy footwork.

 

BEASTIE BOYS
„Paul’s Boutique” (1989)

To jest dla mnie mega klasyk, najlepsza płyta Beastie Boys. Znajduje się gdzieś pomiędzy ich wczesnym, punkowym brzmieniem a tym późniejszym, skrystalizowanym, które słychać na „Ill Communication”. To też zresztą fajny krążek, ale uważam, że „Paul’s Boutique” to jest TO – najlepsze, co dali z siebie.

 

 

JEFFERSON AIRPLANE
„Surrealistic Pillow” (1967)

Od dłuższego czasu lekko zwracam się w kierunku psychodelii. To, co się obecnie dzieje na świecie – niepewne czasy, dużo używek – bardzo przypomina mi lata 90., które też w pewien sposób były podobne do psychodelicznych lat 60. Ludzie szukają więc na różne sposoby swoich cichych kącików – moim jest „Surrealistic Pillow”.

 


YVES TUMOR

„Serpent Music” (2016)

Chciałem go zobaczyć, kiedy byłem niedawno w Kijowie, ale ostatecznie nie zagrał. Kojarzę go jeszcze z projektu Teams, kiedy robił bity dla Mykki Blanco. To są te czasy, kiedy nadeszła pierwsza fala muzyki internetowej, wszystkie efemeryczne gatunki jak seapunk czy vaporwave. Nowy projekt Tumora jest jednak daleki od tumblrowej estetyki – to ciekawa mieszanka sampli, industrialnych brzmień i ekspresji. Podobno wulkan energii na żywo.

 

COMPANY FLOW
„Little Johnny from the Hospitul: Breaks & Instrumentals Vol.1” (1999)

Pamiętam, jak na Vivie Zwei trafiłem na teledysk Company Flow do „End to End Burners”. To był już schyłkowy okres tego kanału, a niedługo przed jego zamknięciem puszczali wszystko, co im przychodziło do głowy – od zajebistych dokumentów po filmy grafficiarskie, sety didżejskie, koncerty i takie rzeczy, których bez internetu nigdzie indziej nie dało się znaleźć. Jednak jeszcze większe wrażenie od „End to End Burners” zrobiła na mnie instrumentalna płyta nowojorczyków – to jest absolutny czad! Kiedyś malowałem graffiti, a potem, jak się na nie pogniewałem, to robiliśmy rapy z moimi znajomymi – ja kleiłem bity na Fruity Loopsie, oni rapowali, a później to razem zgrywaliśmy. Pamiętam, że jakoś w tamtym czasie usłyszałem pierwszą płytę DJ-a Shadowa i właśnie „Little Johnny from the Hospitul”. Umysł mi eksplodował. Nie mogłem zrozumieć, jak można tak pięknie powycinać wszystko z sampli i poukładać.

NINE INCH NAILS
„Pretty Hate Machine” (1989)

Miałem kiedyś zwrot w kierunku industrialu, ale dotarłem do niego od strony dubu. Ten moment zbiegł się w czasie z moim pierwszym pomieszkiwaniem w Londynie, a że przebywałem akurat w środowisku punkowo-squatowym, to widziałem, jak punkowcy robili techno i rave’y. W dodatku cała ta muzyka zlewała się z dubowym sosem płynącym z południowego Londynu. Do dziś to miasto kojarzy mi się głównie z dubem. Wtedy właśnie zasłuchiwałem się w płytach Scorn czy Techno Animal. Zresztą prawie całą dyskografię Scorna mam dziś na plackach, bo wymieniłem się z Hubertem z The Kurws za obraz. A stamtąd do Nine Inch Nails droga była już dużo krótsza.

DJ RASHAD
„Double Cup” (2013)

W ogóle cały juke i footwork – lubię bardzo te gatunki, bo miksują się tam rap, techno czy chicagowski house i wychodzi na to, że wszystko wyrasta z tego samego fundamentu. Juke i footwork to jedne z nielicznych młodych gatunków, które dorobiły się swojej reprezentacji „pozamuzycznej”, bo taniec i tancerze są ważną częścią tej sceny.

 

613 komentarzy

Dodaj komentarz

-->