Zofia Chylak, na której torebki zapotrzebowanie jest tak wielkie, że trzeba zapisać się na listę kolejkową. Co ją inspiruje?
Czy wciąż potrzebujemy trendów?
Zofia Chylak: Dla mnie zawsze ważniejszy był ponadczasowy styl, choć nie każdemu łatwo go odnaleźć. Wolę patrzeć na modę z dalszej perspektywy. Może wynika to z tego, że z wykształcenia jestem historykiem sztuki, więc śledziłam zmiany w modzie na przestrzeni wieków.
Jaki jest twój ulubiony trend na jesień 2017 r.?
Brązy. Nigdy nie lubiłam tego koloru, po czym nagle coś się zmieniło. W mojej najnowszej kolekcji pojawią się właśnie ciemnobrązowe torebki. Wyobrażam je sobie w zestawie z jesiennymi płaszczami w kolorze khaki.

Jako absolwentka historii sztuki, projektantka szuka inspiracji w galeriach sztuki, na ekranie i na półce z książkami.
Jak wygląda twój proces twórczy?
Najdłuższy proces ma miejsce w głowie. Wpadam na pomysł, który zaczyna za mną chodzić, więc pracuję nad nim w myślach. Jak już siadam do rysowania, a zawsze robię to najpierw ręcznie na papierze, rysuję jedną wersję, która trafia do szycia. Dużo zmian odbywa się na etapie odszytych prototypów. Sporo torebek wtedy odpada, bo w międzyczasie przestają mi się podobać. Zazwyczaj ostatnie pomysły okazują się najlepsze. Kiedy wybrane prototypy są gotowe, zaczynam je nosić. Jestem ich pierwszym testerem, który sprawdza, czy są wygodne i czy czegoś im nie brakuje. Po ostatnich zmianach wszystko trafia do produkcji.
Co teraz oglądasz, czego słuchasz, co czytasz?
Filmy zawsze były dla mnie ważne. W szkole wszystkie wolne chwile spędzałam w ciemni, wywołując zdjęcia, a po liceum chciałam być operatorem. Ostatnio widziałam najnowszy film Sofii Coppoli „Na pokuszenie”. Lubię filmy kostiumowe, zwłaszcza wtedy, kiedy są dopracowane w każdym detalu. Oglądając je, żałuję, że żyjemy w mniej „eleganckich” czasach.

Przebojem kolekcji Zofii Chylak są worki we wzór skóry pytona, ale projektantka lubi też klasyczne torebki na pasku.
Gdzie szukasz inspiracji?
Choć staram się zwalczać w sobie przywiązanie do rzeczy materialnych, nie ukrywam, że od dziecka wielką radość sprawiało mi otaczanie się pięknymi przedmiotami. Myślę, że przebywanie wśród nich, przeglądanie albumów czy chodzenie do muzeów ma wielki wpływ na człowieka. Rodzice starali się, żebym od najmłodszych lat miała jak największą styczność ze sztuką. Jestem im teraz za to bardzo wdzięczna.
Jak wygląda twój dzień?
Codziennie przyjeżdżam na Koszykową. Mamy biuro na zapleczu sklepu. Zajmuję się mnóstwem bardziej przyziemnych rzeczy niż projektowanie. Odbieram maile i telefony, rozmawiam na przemian z produkcją w Polsce i z podwykonawcami we Włoszech. Wychodzę z pracy kilka razy, głównie po to, żeby zająć się moim psem.
Prowadzisz butik z Zuzią Kuczyńską, właścicielką marki Le Petit Trou. Zaczęło się od przyjaźni?
Tak, a potem okazało się, że nasze marki do siebie pasują. Możemy mieć jeden sklep, bo mamy podobną estetykę i kupują u nas często te same klientki. Uzupełniamy się, a przy tym mamy na tyle różne produkty, że jedna drugiej nie przeszkadza. Nie jest też tajemnicą, że często sobie pomagamy. Gdy ma się młodą, szybko rozwijającą się markę, trzeba podejmować bardzo dużo decyzji, a to nie zawsze jest łatwe.
Twoja pierwsza ważna torebka?
Pierwszą naprawdę ważną torebką był mały worek „pyton”. Myślę, że to dzięki tej torebce udało się zaistnieć mojej marce. Co zabawne, ta torebka powstała właściwie z przypadku, na samym końcu, gdy cała kolekcja była już gotowa. Ale tak to zazwyczaj bywa z najlepszymi strzałami.

Elegancki butik przy warszawskiej ulicy Koszykowej Zosia dzieli z Zuzanną Kuczyńską z Le Petit Trou.
Tekst: Anna Konieczyńska, foto: Filip Skrońc, mat. prasowe



