Nie raz – i nawet nie 38 razy – zastanawiałem się, dlaczego bawi mnie właściwie każdy raper, który chce udowodnić, że był w bibliotece, muzeum czy arthouse’owym kinie. Czemu uśmiecham się pod nosem, słysząc, że Bisz napierdala syf na kartki jak Pollock, a Eldoka pisze list do Haliny Poświatowskiej; z jakiego powodu prycham na wieść o tym, że ewentualna partnerka Mady z Zetenwupe, nim do jąder dojdzie (sic!), musi się wcześniej przebić przez jego nałóg do książek. Niby raper też człowiek, na obcowanie z kulturą nikt nie ma monopolu, ale jakoś cała ta rymowana erudycja staje mi kością w gardle. Głowię się więc godzinami, namyślam i naradzam ze znajomymi; tym częściej ostatnio, że większość krajowych MCs nie spędza już całych dni na ławce pod blokiem.
Nowojorska sztuka władania słowem wywodzi się bowiem z podwórkowych zabaw i nawet jeśli Furious Five poszerzyli następnym pokoleniom spectrum tematów, to forma rymowanej szesnastki nijak nie pasuje do wywodów rodem z prac naukowych. Piosenki zawsze posługiwały się skrótem myślowym, a hip-hop – dodatkowo – nigdy nie przebierał w słowach, był dosłowny, zdecydowany i często wulgarny.
Encyklopedyczny name dropping budzi więc żal, nierozwijane odwołania literackie pachną pretensją, a kontekst wszystkich tych referencji mówi zazwyczaj tylko tyle, że dany MC… przeczytał kilka książek, obejrzał parę wystaw i odwiedził kino studyjne. Chciałbym się w tym względzie mylić i chętnie zapoznam się z kontrargumentami, ale niestety biorąc na warsztat kanon gatunku, nie widzę choćby jednego przykładu na to, żeby rap sprawdził się w roli analizy literackiej, badania filmoznawczego czy też filozoficznej polemiki. I nie ma to absolutnie żadnego związku z inteligencją autora czy wartością jego twórczości.
Prosty zdawałoby się wers „pierwszy krok, drugi definiuje rytm” jest bardziej intrygującym stwierdzeniem niż wszelkie nawiązania do Dostojewskiego, Faulknera czy Manna, których – niestety – na „Magnum Ignotum. Preludium” jest pełno.
Jak by tego było mało, wiele tego typu „kulturoznawczych wielowersów” powtarzanych jest z namaszczeniem godnym lepszej sprawy, jakby zdanie dwukrotnie powtórzone nabierało większej mocy i ciekawszego wydźwięku. I choć przemianę poznańskiego MC z króla przechwałek w tutora młodych dusz można by sprowadzić jedynie do tego, co pojawia się po klasycznym rapowym „jak…”, to w swoim zaangażowaniu i celach sobie stawianych najnowszy album DGE góruje nad całą jego dotychczasową dyskografią. Kiedy już bowiem przyjąłem do wiadomości, które z licealnych lektur uzupełniających Gural zaleca swoim słuchaczom i oswoiłem się z tak groteskowymi linijkami jak „związek Filomatów, rap Filaretów, filarów firmamentu rapu”, zobaczyłem faceta gotowego zrobić wszystko, żeby wyrwać się ze swojego dotychczasowego, samemu stworzonego wizerunku.
Na przekór stereotypom, co mógłby powiedzieć szeptem, wykrzyczy prosto w twarz, zarysuje grubą kreską i podkreśli jeszcze repetycją, bez pardonu rozprawi się ze wszelkimi porządkami, regułami czy nakazami tego, co wypada. Dobitnie, lecz nie desperacko, niekiedy zbyt ostentacyjnie, ale nigdy łopatologicznie. I jak zwykle w jego przypadku
robi to z werwą, budzącym zazdrość większości sceny flow i na bitach (m.in. The Returners, Lanek, SoDrumatic, Ceha), w których jak nikt inny potrafi znaleźć równowagę pomiędzy syntetycznym czadem a klasycznym, samplowanym feelingiem.
Przy okazji da mi też znowu do myślenia, bo czy nie uśmiałem się nieraz, tłumacząc sobie (pseudo)inteligenckie teksty reprezentantów Wu-Tang Clanu, Outkastu czy A Tribe Called Quest. A to oni przecież nagrali moje ulubione rapowe krążki.

