Wyspy Zielonego Przylądka kojarzą się Polakom ze stosunkowo nowym pomysłem na wakacyjny wypoczynek zimą. Tymczasem to miejsce to nie tylko plaże i palmy kokosowe, ale także jeden z najbardziej zachwycających muzycznie regionów świata. No bo gdzie indziej znajdziecie lotnisko imienia Cesárii Évorze?
Mayra Andrade koncert
Muzyka kabowerdyjska to jednak nie tylko Evora. Wyspy kojarzymy ostatnio głównie szalonym graniem z pogranicza disco, popu i psychodelii, które króluje na wszelkich reedycjach wykopanych z narodowych archiwów radiowych. Ale muzyka z Wysp Zielonego Przylądka to nie tylko przeszłość, ale też przyszłość, a na imię jej Mayra Andrade.
Mayra sprawnie połączyła niesamowitą rodzimą tradycję muzyczną z brzmieniami królującymi w europejskich klubach. W sumie oglądając klip do „Pull Up”, można od razu załapać w czym rzecz.
O ile wschodnia Afryka ciągnie w tej chwili w stronę awangardy i wymagającej elektroniki, o tyle Mayra bez żenady celuje w popową popularność. I nie ma w tym nic złego. Tym bardziej, jeśli przypomnimy sobie, jak w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych próbowano, z dość mizernym skutkiem, przeszczepić afrykański pop na europejski grunt. Ktoś chyba się czegoś nauczył, bo nagrania Mayry nie są na szczęście sprzedawane zapakowane w egzotyczną otoczkę z obowiązkową kiecką z liści palmy. To w stu procentach nowoczesny produkt, który różni się jednak do europejskiej młócki tym, że w tle zawsze wibruje, tak typowy dla Caboverde niepodrabialny groove. Szkoda, że zamiast wódki i oscypków w Polsce nie dostaliśmy od przodków równie cennego podarku!
Tymczasem Mayra Andrade już w marcu zagra w stołecznym Niebie. Aktivist jest jednym z patronów koncertu.

