Estetyczny Margines – wywiad z Markiem Rachwalikiem

Silnik od komarka przerobiony polskim sposobem na gazową glebogryzarkę, olej na desce,70x70, 2013

Marek Rachwalik ma twarz modela, ciało osiłka, maluje jakby solidnie ćpał. Spod jego pędzla wychodzą organiczne wygibasy i psychodeliczne pejzaże zamieszkałe przez flamingi z opon.

 

Co ostatnio słychać u ciebie? Nad czym pracujesz? Czy na horyzoncie są jakieś wystawy? Jakieś nowe zajawki?

Infernal hails! Z głośników dolatuje Funeral Mist – Hekatomb a obecnie rozpoczynam pracę na cyklem obrazów przedstawiającym maszyny „wojenne”, przygotowuję go do wystawy, lecz nie chciałbym zapeszać, zdradzając więcej. Ostatnio mam ochotę powrócić do technicyzacyjnej strony mojego malarstwa i więcej pokonstruować. Oprócz tego, dla pewnego projektu, razem z Maćkiem Cholewą, będziemy sporządzać rzeźby wojowników, charakterystycznych dla małego miasta (Maciek) i większej wsi (ja), czyli naszych naturalnych środowisk, w których żyjemy. Możliwe również, że moje ilustracje z Cyberiady Stanisława Lema trafią do podręczników języka polskiego klas szóstych.

Oprysk pola, olej na płótnie,130×100, 2011

 

Ostatnio pokazujesz na instagramie więcej starych prac, dlaczego?

Jako, że instagram, jest kolosalnym, nieprzerwanym potokiem wizualnej informacji, w którym nie można w żaden sposób sortować zamieszczanych treści, od początku chciałem trzymać się pewnej chronologii. Swoja przygodę z nim, zacząłem więc od publikowania starszych prac, aby uniknąć wielkiego chaosu, który mimo wszystko zawsze będzie się na łamy instagrama wkradał. Wiem, że został stworzony, by pełnić raczej funkcję dziennika, ale postaram się mieszać stare z nowym.

fot Marek Rachwalik

 

Co tak ujmującego jest w domorosłych wyrobach – łabędziach z opon, czy grzybkach z miednicy, że chętnie sięgasz po nie jako temat/inspiracje swoich prac?

Pochodzę z miejscowości pod Częstochową, w okolicznych ogródkach czasami sporo się dzieje. Rzeźby powstają zazwyczaj z rzeczy popsutych i są charakterystyczne nie tylko dla wsi ale i obrzeży miejskich. Jak pisała Olga Drenda w Wyrobach, nadal pozornie kojarzą się z biedą, wywodzą się jednak z czasów prosperity lat 50 i 60, oraz bumu motoryzacyjnego w Australii (łabędź) i Stanów Zjednoczonych (flaming). Nie powstały z niedoboru, lecz nadmiaru. Jest w nich też coś psychodelicznego, pstrokate kolory ulokowane w absurdalnej scenerii. Bardzo lubię ogródkowy motyw muchomora. On sam w kulturze jest symbolem szczęścia i pomyślności, był stosowany w syberyjskim szamanizmie i inspirował ludzi sztuki, od Yayoi Kusamy po Maurycego Gomulickiego. Jak sama nazwa wskazuje, był kiedyś wykorzystywany do walki z muchami domowymi, które po jego spożyciu hibernowały 3 dni, by ponownie ożyć. Ogólnie, grzybki są ładne i ciekawe. Luke Perry został pochowany w garniturze z grzybów. Poza tym, w momencie, kiedy na około w polskiej sztuce wszyscy mają kij w zadkach i dominują syntetyczne maziaje, za którymi nic nie stoi, ciekawym zabiegiem wydało mi się sięgnięcie po motywy zepchnięte na estetyczny margines. Pomimo swoich prostych form, te elementy stanowią malarskie wyzwanie od strony technicznej. M.in. dzięki fotografii smartfonowej, coraz więcej fajnych dzieł anonimowych twórców możemy podziwiać w sieci, na instagramach Olgi Drendy, Macka Cholewy, Andrzeja Tobisa czy Kratkach Furtkach Płotkach.

Silnik od komarka przerobiony polskim sposobem na gazową glebogryzarkę, olej na desce,70×70, 2013

 

Dlaczego black metal? Pamiętasz skąd się wziął/jak się pojawił w twoim życiorysie? I co ci daje na co dzień?

Od pierwszego odsłuchu albumu 666 Kata (z cudowną okładką przedstawiającą… kata z toporem) i debiutu Satyricona, czyli w wieku 14-15 lat, wirus BM poczuł się w moim organizmie jak w domu. Młode, zbuntowane duszyczki, odczuwające dyskomfort w otaczającym świecie, zawsze stanowiły żyzny grunt pod uprawę czarnej zarazy. Jest to obecnie jedyny gatunek muzyczny, z którego energią totalnie się utożsamiam. Black metal to motor napędowy każdego mojego dnia, towarzyszy podczas rutynowych czynności, pracy, jazdy rowerem, biegania i ćwiczeń. Jego szaleństwo i bezkompromisowa moc, współgrają z moim temperamentem. Lubię zagłębiać się w różnych gatunkach muzycznych, ale to rwący nurt black metalu jest wodą na młyn do działania. Jeśli ktoś nie posiada tego żywiołu w sercu, to znak, że nigdy nie zostaniemy bratnimi duszami. Trudno utrzymać też jakiekolwiek relacje z kimś, kto nie potrafi przetrwać 2 sekundek w porządnym młynie pod sceną. W skrócie: od synthpopu masa mięśniowa spada, a od black metalu rośnie. Drugi album Deus Mortem – Kosmocide, zaraz ujrzy światło dzienne, co wraz z pierwszym historycznym zdjęciem czarnej dziury, chwilą, gdy płonie Notre Dame, nie wróży optymistycznych perspektyw dla ludzkiej plagi, lepiej już szukajcie schronów!

46-Robot rabuś (ma w oczach licznik znaków typograficznych), akryl i olej na płótnie, 100x90cm, 2016

 

Czy pamiętasz najbardziej niedorzeczną rzecz jaką usłyszałeś o swoich pracach?

Raczej nigdy nie spotykałem się z negatywnymi opiniami, czy dziwacznymi reakcjami na moje prace, pomijając nieustanne  prośby o podanie numeru mojego dostawcy narkotyków. Kiedyś pewien profesor ASP, z powagą zapytał pod zdjęciem na fanpage’u, czy wiem, co oznacza symbol wymalowany na mojej klatce piersiowej, a były tam trzy szóstki, pentagram i odwrócone krzyże. Z taką samą powagą zaznaczył, że nie powinno się zadzierać z podobnymi symbolami, bo jest to niebezpieczne. Do tej pory nie wiem, co one oznaczają i mnie jako ateistę, kompletnie to nie interesuje. Wtedy był to performance nawiązujący do muzycznego imidżu. A co to oznacza dla muzyków, to już ich sprawa. Liczy się tylko energia zasysana z black metalowej elektrowni blastów i riffów. Czasem jeszcze jakieś kapitalistyczne dzieciory pyskują w komentarzach, ale cóż na to poradzić, bezstresowe wychowanie kurwa mać!

 

Logo i maskotki wiejskiej kapelki nu metalowej z młodą dziewczyną na wokalu, olej na płótnie, 50×60, 2017

Jakie określenia dot. twojej twórczości najbardziej cię bolą, dotykają? a jakie cieszą?

Moja mama po zobaczeniu katalogu do Vulgar Display of Marek powiedziała, że robię z siebie kretyna na zdjęciach, w czym oczywiście ma rację, takie jest założenie zapowiedzi obrazów. Mamcia to jednak mamcia. Z ciekawych reakcji: kilka osób zasygnalizowało mi na instagramie, że moje starsze prace wzbudziły w nich trypofobię, może sam muszę się przebadać? Poza tym, negatywne opinie raczej do mnie nie dochodzą. Ludzie pewnie boją się mnie hejtować, czemu oczywiście się nie dziwię, owszem, jestem bardzo wrażliwy, ale za to kurewsko silny fizycznie. Oprócz tego, staram się być dla siebie samego najsurowszym sędzią. Cieszy oczywiście pozytywny odbiór, motywują opinie ludzi, którym ten rodzaj malarstwa przypada do gustu. Najbardziej jednak raduje działanie w zgodzie z własną intuicją.

 

Logo oraz wąsaty lider kultowego, death metalowego zespołu, reaktywowanego po 20 latach, olej na płótnie, 60×50, 2017

 

 

Opowiedz coś o swojej technice malowania. Co jest dla ciebie ważne? Twoje obrazy, zwłaszcza na ekranie komputera wyglądają jak grafika komputerowa, a podobno komputera używasz mało, na programach graficznych znasz sie nie najlepiej i tak naprawdę szkicujesz ołówkiem i malujesz pędzlem.

W malowaniu lubię dążyć do ukazania maksymalnej przestrzeni, to oczywiście nie jest cel, jednak od początków tego medium, główną jego istotą, było zawarcie w przestrzeni dwuwymiarowej głębi 3D. Wyrażam to w konstrukcji perspektywy i ukazywaniu istotnej dla mnie gry cienia i światła. Aby ją uzyskać, trzeba trochę nad obrazem posiedzieć, sporządzić dokładny szkic, co nie byłoby możliwe, gdybym na płótno rzucił się od razu z pędzlem, najpierw robię więc rysunek ołówkiem, gdyż błędy, które poprawiam nieustannie, pojawiają się często. To prawda, komputerów używam do podstawowych zadań graficznych, a w gry nie grałem od liceum.

 

Muzyk sesyjny side projektu deathowego, należącego do gości z kapelek grindowych, olej na płótnie, 33x24cm, 2018

Sam stajesz się czasem bohaterem swoich prac. Dlaczego?

Jak wspomniałem wcześniej, metal to nie tylko ekspresja muzyczna, w sferze wizualnej siła fizyczna i groza również odrywają w niej znaczną rolę. Jestem niespełnionym perkusistą, gdybym grał w zespole, to na stronach zinów prezentowałbym się bardzo podobnie, mam perkusję i czasem, z „nierównym” efektem, stukam jakieś prymitywne blackowo-punkowe partie. Moje autofotografie powstają również z chęci pokazania światu jaki jestem fajny, zabawny i wyluzowany. Nie będę tu ściemniał, jak większość gwiazd instagrama, że w publikowaniu własnego wizerunku chodzi mi o wielką sztukę, fotki zapowiedzi zaczęły powstawać po to, aby zwabić jak największą ilość dziewek do łożnicy. Czy mi się to udaje? Nie. Ale lubię je robić.

Robot rabuś (ma w oczach licznik znaków typograficznych), akryl i olej na płótnie, 100x90cm, 2016 (DETAL)

 

Czy próbowałeś kiedyś malować po narkotykach? Jeśli tak, jakie były efekty.

Nie, dwa razy w życiu paliłem marihuanę i było to jedno z najbardziej traumatycznych przeżyć jakie mnie spotkały. Unikam stanów odmiennej świadomości. Od lat nie piję alkoholu. Nie jak typowy polak, milion piw dziennie, bo dla potomków Warsa i Sawy to nie alkohol, ani kropluni. Wypicie łyczka dwuprocentowego cydru leczyłbym do wigilii 2039 roku. Zdecydowanie wolę naturalne endorfiny po intensywnym wyładowaniu fizycznym. Do zobaczenia w czarcim kociołku!