I po co to było?

Pixies
„Indie Cindy”
Mystic Production

Reaktywowani Pixies od kilkunastu już lat objeżdżają świat podczas tras, jednak dopiero teraz dostajemy pełnoprawnego następcę wydanej w 1991 r. płyty „Trompe Le Monde” – koszmarnie zatytułowany album „Indie Cindy”. Na pokładzie nie ma już Kim Deal, basowej podpory klasyków alternatywy, a zgromadzone tu utwory mieliśmy już możliwość poznać w ciągu ostatnich miesięcy za sprawą wypuszczonych w formacie elektronicznym EP-ek. I chyba lepiej by się stało, gdyby na EP-kach się skończyło. „Indie Cindy” nuży bowiem brakiem świeżych pomysłów i rutyniarstwem wykonania. Pixies nigdy nie byli wirtuozami sypiącymi na prawo i lewo solówkami i arcyskomplikowanymi pasażami. Słynęli raczej z łączenia rozpędzonych gitarowych partii i opętańczego śpiewu z niezwykłą przebojowością i wręcz beatlesowskimi melodiami. Na nowej płycie poraża jednak wtórność i przeraźliwa nuda. Zaczyna się jeszcze nieźle – mocno zagranym pełnym furii „What Goes Boom”. Niestety, kolejne kompozycje zaczynają zlewać się w jedną i mamy wrażenie obcowania z czymś, co w czasach „Doolittle” czy „Surfer Rosa” mogło trafić na drugą stronę jakiegoś singla. Wszystkie riffy brzmią podobnie, Black Francis śpiewa na odwal się, a melodie nie zachęcają do nucenia. Ocenę nieco podwyższają pojedyncze strzały, jak wspomniany już otwieracz, delikatny „Andro Queen” czy radosny „Jaime Bravo”. Może nie jest to szarganie własnego – kultowego przecież – imienia, ale ta płyta spokojnie mogłaby trafić do piwnicy zespołu i ujrzeć światło dzienne dopiero jako dodatek do podsumowującego karierę boksu. [Mateusz Adamski]

2A!
MUZYKA

Dodaj komentarz

-->