Wspólnota smaku

smak pho wywiad
Fot: materiały prasowe

Wietnamska społeczność żyjąca w Polsce nie jest tak hermetyczna, jak może się wydawać. Thang Long Do, który wciela się w rolę wietnamskiego kucharza w filmie „Smak pho”, opowiada o tym, co kuchnia wschodu ma wspólnego z budowaniem wrażliwości na innych, czego uczą wietnamskie mamy i kiedy pho smakuje najlepiej.

Rozmawiała: Jagoda Murczyńska

Pana drogę na plan filmowy można zaliczyć do nietypowych. Jak to się stało, że inżynier stał się aktorem, w dodatku od razu w głównej roli?

Tak naprawdę nigdy nie miałem takich planów, to mój syn chciał zdawać na aktorstwo. Starałem się go przekonać, że to bardzo ciężki zawód, niepolegający tylko na przeskakiwaniu z planu na plan, ale częściej – na odwiedzaniu kolejnych castingów i szukaniu pracy. Tak się złożyło, że pojawiło się wtedy ogłoszenie o filmie Mariko Bobrik. Wybrałem się z synem na przesłuchanie, żeby pokazać mu trudy zawodu. I rzeczywiście – on roli nie dostał. Ale pozostał przy swoim wyborze.

Jak wyglądały przygotowania do roli? Nie ma pan wiele wspólnego ze swoim bohaterem.

Przede wszystkim nie jestem kucharzem. Na co dzień pracuję w firmie związanej z e-commerce, to zupełnie coś innego, działamy wirtualnie. Udział w filmie to była dla mnie duża przygoda, zupełnie niespodziewana. W ramach przygotowań uczestniczyłem w specjalnych warsztatach, prowadzonych metodą Meissnera. Mieliśmy tylko dwa miesiące, żeby nauczyć się funkcjonowania na planie, a ta technika pozwala na opanowanie takich umiejętności w krótkim czasie. W trakcie takich sesji uczyłem się aktorskiego wyrażania emocji, miałem przećwiczone poszczególne sceny. Ale z zawodu jestem fizykiem, studiowałem na Politechnice. Miałem w życiu związek z kulinariami, ale nie bezpośredni, do niedawna byłem współwłaścicielem restauracji, ale oczywiście gotowaniem zajmował się tam ktoś inny. Choć dzięki temu wiem, jak wygląda to od zaplecza.

A czy prywatnie lubi pan gotować? I czy jest to kuchnia wietnamska?

Kiedy wyjechałem z Wietnamu, miałem 19 lat, przyjechałem do Polski w 1989 r. Przed wyjazdem moja mama, wiedząc, że będę teraz mieszkał sam, postanowiła nauczyć mnie najważniejszych rzeczy. Nauczyła mnie gotować podstawowe wietnamskie potrawy, wszystkiego po trochu. Wysłała mnie nawet na kurs szycia, więc rzeczywiście tak jak główny bohater potrafię szyć. Kiedy założyłem rodzinę, obowiązki domowe przejęła żona, bo ja pracowałem, co zajmowało dużo czasu, teraz gotuję znacznie mniej. Ale pamiętam wszystko z czasów studenckich i muszę się pochwalić, że dobrze to robię. Mam taką smykałkę do tego, zwłaszcza jeśli chodzi o organizowanie większych spotkań. Kiedy na studiach organizowaliśmy imprezy, to zwykle ja zarządzałem zespołem zajmującym się jedzeniem. Umiałem tak zaplanować potrawy smakowo, żeby wszystko do siebie pasowało, a przy tym zadbać o odpowiednią ilość, żeby niczego nie zabrakło. Jeśli chodzi o dania wietnamskie, to część z nich jest już znana w Polsce, ale tak naprawdę każda rodzina ma swoje receptury. Ja przyrządzam je inaczej, moi znajomi zupełnie inaczej.

Kuchnia wietnamska to nie tylko przyrządzanie posiłków, ale także cała kultura.

Tak, kuchnia wietnamska jest wyjątkowo finezyjna, jeśli chodzi o kompozycje smakowe. Wietnam geograficznie jest bardzo długim krajem, rozłożonym w kilku strefach klimatycznych, co daje nam na przykład dostęp do ogromnej różnorodności ziół, przypraw. A przy tym w większości jest rejonem tropikalnym, jest tam bardzo gorąco. A jak wiemy, nawet w Polsce, w lecie, w czasie upałów, nie chce się nam za bardzo jeść. I też chyba z takiego powodu jedzenie w krajach o takim klimacie musi być wyjątkowo smaczne, żeby zachęcić do jedzenia, nawet kiedy nie ma się ochoty napełniać żołądka. Dzięki temu, że natura oferuje tam takie bogactwo smaków, mamy dużą możliwość tworzenia różnych wariantów potraw. Różne receptury dopracowywane były przez dziesiątki, setki lat. Przez ten czas, metodą prób i błędów, powstały wspaniałe kompozycje i harmonie smaków. Te potrawy i sposób ich przyrządzania są zgodne z teorią pięciu żywiołów. Każdy smak jest powiązany z danym żywiołem, a ich umiejętne połączenie daje harmonię nie tylko w doświadczeniu zmysłowym, ale też w energiach, które przyjmujemy do siebie. Kiedy nie ma w daniu żadnych konfliktów, jest ono nie tylko smaczne, ale też zdrowe.

film smak pho

Fot: materiały prasowe

A filmowa zupa pho? Na czym polega fenomen jej popularności?

Pho jest rzeczywiście bardzo często spożywaną zupą, można ją jeść w każdą pogodę, o każdej porze dnia. To jest związane z harmonią, o której mówiłem – ona zawsze w jakiś sposób daje taki balans, mocny zastrzyk energii. Kiedy jemy ją zimą, ze względu na imbir czy czosnek, które są jej składnikami, ma działanie rozgrzewające. Latem działa trochę jak sauna. Choć zupa jest bardzo gorąca, po jej zjedzeniu wychodzimy na zewnątrz i czujemy orzeźwienie, mamy wrażenie że otoczenie jest chłodniejsze niż to, co mamy w środku. Jest dobra na każdą temperaturę, a przy tym bardzo pożywna, bardzo szybko ładuje nam baterie, ale w łagodny sposób.

W „Smaku pho” jedzenie to także sposób na opowiadanie o relacjach między ludźmi.

Rzeczywiście tak jest, kuchnia to jeden ze sposobów, żeby się zbliżyć do innych osób. W kuchni wschodniej potrawy często są podawane wspólnie, na tacach na środku stołu, każdy z uczestników posiłku dokłada sobie przez cały czas małe porcje na swoją miskę. To sprawia, że nieustannie wchodzą ze sobą w interakcje. Oczywiście wspólne jedzenie to dobra okazja do rozmowy i bycia razem, ale też takie mijanie się nad stołem powoduje, że musimy być cały czas uważni na inne osoby. Nie jest tak jak w Europie, że każdy siedzi nad własnym talerzem. Podczas wielokrotnego sięgania po różne potrawy musimy unikać kolizji, patrzeć na drugą osobę. Sądzę że to się przekłada na relacje międzyludzkie, uczymy się uważać na innych, reagować na ich zachowanie, jesteśmy cały czas w kontakcie.

Gotowanie to też dla pana bohatera sposób na okazywanie uczuć.

To bardzo specyficzna, ciekawa postać. Niewiele mówi, jest cichą osobą. Wszystko przekazuje przez swoje czyny. Potrafi swoimi działaniami pokazać ludziom, że miłość nie potrzebuje słów. Jest zamknięty w sobie, ale w tym, co robi, jest troska, czułość. Wiele drobnych gestów, które składają się na ważne relacje z ludźmi.

Zwłaszcza w kontakcie z córką. Czy znalazł pan z bohaterem jakieś wspólne cechy jako ojciec?

To było ciekawe doświadczenie, zupełnie inne od tego, które znam, bo sam mam trzech synów. Wyobrażam sobie, że mając córkę, trzeba chyba tak jakoś delikatnie podchodzić do niej. Ale to było bardzo miłe przeżycie, mieć taką filmową córkę. Chłopcy cały czas rozrabiają. Maja w filmie oczywiście też ma charakter – ale i tak wydawała mi się w tym łagodna. No i musiałem nauczyć się, jak wiązać włosy w kucyk.

A czy są jakieś wyraziste różnice między wychowaniem dzieci w Wietnamie i w Polsce?

Dzieci w Polsce na pewno mają większą swobodę i bardzo szybko uczą się tego, że mają prawo być takim człowiekiem, jakim chcą być, że mogą podążać swoją drogą. To jest bardzo duża różnica w wychowaniu. Rodzice w Polsce też bardzo liczą się ze zdaniem dzieci. W Wietnamie inny system wychowania wynika też po części ze struktury społecznej, z otoczenia. Popularny model to trzy pokolenia mieszkające pod jednym dachem. Często zdarza się tak, że to nie rodzice bezpośrednio wychowują swoje dzieci, zajmują się tym przede wszystkim dziadkowie, którzy mają więcej czasu, podczas gdy ojciec i matka pracują. Sprawia to, że jest taki przeskok pokoleniowy: o całokształcie rozwoju dzieci decyduje starsza generacja, która ma mniej aktualną wiedzę społeczną. To może mieć wpływ na wolniejszy rozwój, działać hamująco. Bardzo duży nacisk kładzie się przy tym na posłuszeństwo, dzieci muszą się podporządkowywać starszym osobom, co sprawia, że mają mniej możliwości wyrażania swojego ja.

„Smak pho” to rzadki przykład polskiego kina, w którym pojawia się temat Wietnamczyków żyjących w Polsce. To naprawdę zaskakujące, że w popularnym kinie czy telewizji jest tak mało wietnamskich postaci.

Tak, to łatwo zauważyć, jest nas tu dużo i jest wiele niezwykłych historii, które warto byłoby pokazać szerszej publiczności. Przez wiele lat rzeczywiście społeczność wietnamska była dość zamknięta, choć nie aż tak hermetyczna, jak to się czasem przedstawia. Mogło to jednak utrudniać czy zniechęcać potencjalnych scenarzystów czy pisarzy. Ale to się dawno zmieniło, jest też coraz więcej dostępnych materiałów. Powstało ostatnio wiele stowarzyszeń, które pracują nad poprawieniem tych relacji, chcą zbliżyć ludzi, działać na rzecz wzajemnej komunikacji. Sam działam w jednej z takich organizacji, zajmującej się kulturą, chcemy pokazywać kulturę Wietnamu – nie tylko kulinarną czy muzyczną, co często prezentują oficjalne kanały promocji kraju, ale też sztukę współczesną, także tę powstającą wbrew cenzurze, czy kulturę popularną, ponieważ Wietnam mimo szczególnej sytuacji politycznej nadąża za tym, co dzieje się na świecie. Mam nadzieję, że tego rodzaju działania zaowocują w bliskiej przyszłości.

-->