Tęskniąc za najnitsami. Recenzja filmu „120 uderzeń serca”

Foto: Céline Nieszawe

Nowy film Robina Campillo ma wszystko, czego trzeba by przyprawić widzów o szybsze bicie serca. Francuskiemu reżyserowi doskonale udała się sztuka łączenia delikatnego sentymentalizmu i rozsadzającej ekran, buntowniczej energii. Nic dziwnego. Mówimy przecież o fachowcu, który przed dekadą – tym razem jako współscenarzysta – przyczynił się do sukcesu nagrodzonej Złotą Palmą „Klasy”. Podobnie jak tamten film, „120 uderzeń serca” ukazuje zbiorowość, a nie indywidualnego bohatera.

Tym razem w centrum uwagi znajdują się członkowie paryskiego stowarzyszenia ACT UP, słynący z podjętej w latach 90. skutecznej walki o prawa ludzi chorych na AIDS. Choć Campillo nie kryje podziwu wobec działaczy, jednocześnie ani przez moment nie stara się uczynić z nich pomnikowych herosów. Zamiast tego pokazuje, że polityczne happeningi stanowią równie ważną część życia aktywistów jak wikłanie się w skomplikowane relacje uczuciowe i udział w całonocnych imprezach.

Migawki z paryskich klubów dają widzowi chwilę wytchnienia, w której reżyser może popisać się formalną maestrią nasuwającą skojarzenia z pamiętnym „Edenem” Mii Hansen-Løve. Przede wszystkim jednak strategia Campillo stanowi wyraz nostalgii za najntisami, które nie tylko stylowo wyglądają na ekranie, lecz sprawiają wrażenie czasów, w których można dokonać pozornie niemożliwego. Przypomnienie skazanej na porażkę, a jednak zwycięskiej batalii ACT-UP powinno dać zastrzyk energii współczesnym kontynuatorom ich dzieła. Patrząc na liczbę grup społecznych narażonych na dyskryminację i uprzedzenia, nie ma wątpliwości, że potrzebujemy ich jak nigdy dotąd. 

120 uderzeń serca
(„120 battements par minute”)
obsada: Nahuel Pérez Biscayart, Arnaud Valois, Adèle Haenel
Francja 2017, 135 min
Gutek Film, 11 maja

Dodaj komentarz

-->