Zjawa – tułaczka po Oscara

„Zjawa”
reż. Alejandro G. Iñárritu

Po fenomenalnym sukcesie „Birdmana” Alejandro G. Iñárritu zmienia gatunkowy rejestr i bierze się, podobnie jak Quentin Tarantino, za western. O ile jednak „Nienawistną ósemkę” charakteryzuje gra z konwencją i minimalizm, o tyle „Zjawa” celuje w epicki rozmach. Przed twórcami stało również inne wyzwanie – sprawić, by „Zjawę” dało się zapamiętać jako coś więcej niż film, w którym Leonardo DiCaprio spektakularnie poświęca się po to, by zdobyć wymarzonego Oscara. Czy Iñárritu i spółce udało się to osiągnąć?

Historia Hugh Glassa (Leonardo DiCaprio) ukazuje ogromną siłę woli, która pozwala pokonać ograniczenia własnej cielesności, ale nie pomaga w przezwyciężaniu bólu emocjonalnego i poczucia straty. Postać Glassa przemienia się niemalże w Hioba, który jest konfrontowany ze wszystkim co najgorsze, lecz ostatecznie wykazuje się czystością ducha. Świętość Glassa zostaje zderzona przez Iñárritu z diabolicznością jego przeciwnikowi Fitzgeralda (w tej roli równie dobry Tom Hardy). Podział na linii „dobro – zło” zostały zarysowane dość wyraźnie, co czyni film bardziej przewidywalnym. Ten dualizm przekłada się również na poetykę historii – „Zjawa” jest rozpięta pomiędzy skrajnym naturalizmem (część początkowych sekwencji przywołuje na myśl „Szeregowca Ryana” Spielberga ze sceną lądowania żołnierzy w Normandii na czele) a refleksyjną metafizyką spod znaku Terrence’a Mallicka.

Drastyczność scen ściera się tu z atmosferą uduchowienia – trudno jednak powiedzieć, żeby te dwie perspektywy się uzupełniały. Nie sposób też dostosować się do tempa narracji – twórcy przeciągają do granic możliwości samotną wędrówkę ledwo ocalałego DiCaprio, nie poświęcając uwagi samemu rozwojowi wydarzeń.

Żeby historia zatoczyła koło, Glass musi przeżyć – nie ma w tym nic odkrywczego. O ile gnijąca na ciele aktora skóra przeraża swoją namacalnością, o tyle trudno wejść w ten bardziej abstrakcyjny wymiar opowieści, w której milczący bohater i natura stają się jednością, a otoczenie – wyrazem jego wewnętrznych przeżyć.

Ostatecznie Iñárritu babrze się w kliszach i nie ma tak naprawdę nic nowego do powiedzenia, przysłaniając swoją niemoc pięknem zdjęć Lubezkiego i ofiarnością aktorów. Ich trud okazuje się jednak płonny. „Zjawa” nie ma w sobie przepychu i szaleństwa rodem z dzieł Herzoga czy Coppoli, a jednocześnie nie pozwala na emocjonalne zaangażowanie, które zapewniał choćby „Tańczący z wilkami”. Mimo wszystko, dla fanów Leo – pozycja obowiązkowa.