Zasłona milczenia. Recenzja filmu „Mute” (Netflix)

źródło: Netflix

Zaprezentowany pod koniec stycznia zwiastun „Mute” zapowiadał naprawdę dobre kino sci-fi. Poprzeczkę postawiono wysoko –  osadzony w Berlinie w 2052 roku film miał być obrazem na miarę „Blade Runnera”. Pozafilmowa rzeczywistość jest jednak bardziej brutalna niż w świecie przedstawionym przez Duncana Jonesa, reżysera „Moon” czy „Kodu nieśmiertelności”. Z „Mute” jest trochę tak jak ze zgniłym jabłkiem – kupujesz z pozoru soczyście wyglądający owoc, a w środku okazuje się, że jest zepsute.

Nad dostępnym od piątku na Netflix „Mute” Jones pracował w pocie czoła ponad dziesięć lat, próbując wypchnąć go na powierzchnię. Co ciekawe, nie miał być to pierwotnie film sci-fi. I to widać. Łatwo również odgadnąć, dlaczego reżyser finalnie zmienił kierunek. Wszystkiemu zawiniła bowiem miałka fabuła. 

Oto poznajemy niemego barmana, który stracił głos w dzieciństwie w wyniku wypadku. W retrospekcjach dowiadujemy się, że Leo, grany przez Alexandra Skarsgårda („Melancholia”, „Wielkie kłamstewka”), wychował się w rodzinie amiszów, która nie zgodziła się na wykonanie operacji, dającej mu szansę na odzyskanie głosu. Jako dorosły mężczyzna Leo sprawia wrażenie pogodzonego ze swoim losem. Zakochuje się z wzajemnością, a w przerwach między żonglowaniem drinkami w nocnym klubie, dłubie w drewnie łoże dla swojej ukochanej. Jest uroczo, do czasu, kiedy jego ukochana nagle znika. Dalej jest równie „intrygująco”. Jones wplata w fabułę dwóch podejrzanych typów, którzy mają jakiś związek ze zniknięciem dziewczyny. Leo depcze im po piętach, przeczesując nocą Berlin. 

źródło: Netflix

Ta dość prosta i ckliwa historyjka, osadzona we współczesnym Berlinie wypadłaby banalnie. Dlatego reżyser postanowił umieścić ją w niedalekiej przyszłości. I to mu się udało: Europa, Berlin, rok 2052. Jest nieco awangardowo, ale bez przesady – wszechobecne neony, latające samochody, drony dowożące jedzenie do domu, nocne kluby wypełnione kolorowymi postaciami. Coś się zmieniło, coś indzie w złym kierunku, ale to nie jest jeszcze dystopia rodem z „Blade Runnera” czy cyberświat z „Piątego Elementu”. Otoczenie przedstawione przez Jonesa wydaje się być na wyciągnięcie ręki. To się przecież może zaraz wydarzyć…

Ale na tym koniec plusów. Zabrakło rzeczy prozaiczniej. Emocji. Główny bohater, wyszydzany z powodu swojej niepełnosprawności, umie się postawić, ale równie szybko z oporu rezygnuje. Sprawia wrażenie zdezorientowanego przygłupa w świecie, w którym wszystko żyje i pulsuje. Relacje między nim a dziewczyną są nieco apatyczne. On ją kocha, ona jego również, ale jakoś tak bez przekonania. Kiedy dziewczyna znika, Leo odwiedza mroczne zakamarki Berlina i gestykulując, wymachuje szemranym typom zdjęciem swojej ukochanej. A tło filmu przecież aż się prosi, aby dać komuś w mordę. Leo jest jednak niewzruszony jak skała, a emocje puszczają mu dopiero w końcowych scenach. Tylko że łza, spływająca po policzku niemowy wywołuje w widzu uśmiech politowania.

Czym właściwie jest „Mute”? Dramatem, thrillerem, kryminałem, sci-fi a może… komedią? Na pewno warto podziękować Jonesowi za oszczędzenie nam pseudofilozoficznych, egzystencjalnych dialogów. Choć nie wiadomo też kto z kim i po co miałby rozmawiać – tak samo jak Leo, reszta bohaterów jest mało ciekawa i bez wyrazu. Natomiast co do zakończenia, podobnie jak główny bohater, spuszczę na nie zasłonę milczenia. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: „Mute” raczej nie ma co liczyć na sukces. A szkoda, bo po autorze znakomitego „Moon” spodziewaliśmy się dużo, dużo więcej. 

Tekst: Magdalena Zaporowska

 

źródło: Netflix

Dodaj komentarz